projekty fundacji działalność fundacji zbiory fundacji szukaj forum

WSTECZ

STRONA GŁÓWNA
Publikacje \ Tarnopolanina żywot niepokorny \ 7. Na emigracji politycznej



Rozdział 7. Na emigracji politycznej (Anglia / Pod krzyżem południa)

Anglia
Smutny był nasz powrót na lotnisko. Autobus zazwyczaj huczący od śpiewu, śmiechu i żartów, tym razem był pogrążony w niemal śmiertelnej ciszy. Każdy z nas, zamknięty w sobie, w milczeniu i „w samotności w tłoku” przeżywał ten dzień zakończenia wojny. Jeżeli dotychczas ktoś miał jakieś złudzenia, to w tej chwili musiał się z nimi rozstać. Na lotnisku tylko drobna część załogi, jaką stanowili Anglicy, cieszyła się i świętowała w przekonaniu o szybkiej demobilizacji. Trzeba im przyznać, że nie mieli do nas pretensji o całkowitą wstrzemięźliwość w dzieleniu ich entuzjazmu. A my, z powrotem w naszej „beczce śmiechu”, jakby umówieni, postanowiliśmy „przespać” tę ciężką chwilę, pamiętając o angielskim „to-morrow is another day”. I rzeczywiście, już następnego dnia zaczęliśmy rozważać szanse wybuchu dalszego ciągu, wczoraj zakończonej, wojny, bo przecież tak dalej być nie może!
W oczekiwaniu na demobilizację Anglicy zwolnili tempa, ale nas nie przestali gonić. Na święto Wniebowstąpienia zstąpiłem na kontynent, bo polecieliśmy do Belgii po zwolnionych z obozów jenieckich w Niemczech, żołnierzy brytyjskich. Życie, ten doskonały scenarzysta,, nie mogło wymyślić niczego lepszego od misji nam powierzonej: pozbawieni możności powrotu do swojego kraju transportują do domu, w wolnym kraju, ex-jeńców. Dzieliliśmy ich radość niejako „per procura”, zwalczając ochotę wypisania na kadłubie naszego lancastera, pełnego wyrzutu hasła „Betrayed Poles bringing You home”. Zamiast tego wymalowaliśmy im „Home, sweet home again”. Przy przekraczaniu brzegów Wyspy, obserwowałem ich radosne podniecenie i oczyma wyobraźni widziałem ich witanych przez swych bliskich na progu domu, w którym wielu z nich, nie gościło przez 5 lat.
Następnego dnia (11 maja 1945) znów to samo. Powoli przyzwyczajamy się do statusu bezpaństwowców. Ja czekam na wezwanie na studia w Oxfordzie. Król wciąż płaci, więc reszta kolegów nie maltretuje się myślami o przyszłości, żyjąc z dnia na dzień. Jeszcze latamy, jeszcze machina wojenna toczy się do tego stopnia, że siłą rozpędu, regulaminowo udzielają nam urlopów, należnych na stopie bojowej. Starymi tropami pojechałem do Darwen, by na dwa dni przed zakończeniem urlopu, wpaść do Oxfordu, gdzie właśnie Juźku Blinder zdawał końcowe egzaminy. Jak on to zrobił, że wypuścili go z marynarki wojennej jeszcze przed zakończeniem działań wojennych? Przysłuchiwałem się dyskusjom adeptów profesji prawniczej, inspirowanej przez prof. Piotrowskiego. Poruszali problemy, które stały przed wynurzającym się z chaosu wojennego państwem leżącym między Bugiem a Odrą. Już widać było zarysowujące się podziały, już nieśmiało deklarowali chęć powrotu do kraju, ci magistrowie prawa „in spe”. A ja wróciłem do bazy, gdzie czekał na nas jeszcze jeden lot z lekarstwami dla Polaków, wychodzących z niemieckich lagrów. Był to ostatni mój lot, bo 11 czerwca 1945 roku otrzymałem rozkaz wyjazdu do Londynu celem załatwienia przejścia z lotnictwa do armii na czas studiów. Trzeba było podjąć te karkołomne działania, bo RAF nie wykazywał chęci finansowania moich studiów. Armia zapewniła mi żołd kaprala, a konsulat polski z Londynu uzupełniał moje finanse do wysokości pobieranej w RAF-ie.
Na to wszystko spada wiadomość o podróży Mikołajczyka, bądź co bądź jeszcze premiera rządu na wygnaniu, do Moskwy, celem wejścia do utworzonego tam „rządu lubelskiego”. Doskonały reżyser w osobie Stalina, zainscenizował proces przywódców Polski Podziemnej (porwanych 27 lutego 1945 r. pod Warszawą) w dniach 18-21 czerwca 1945 r. Gdy dotarłem do Oxfordu, po hucznym pożegnaniu z załogą poprzedniego wieczoru, z nieprzychylnego nam „Daily Expresu” dowiedziałem się o procesie moskiewskim. Trudno było skupić się na wykładach po takim prysznicu. Na przerwach między wykładami ostro dyskutowaliśmy między sobą, utwierdzając się w przekonaniu, że dla nas nie ma powrotu. Podnosiły się głosy o celowości naszych studiów. Przecież Anglicy nie dadzą nam szansy w zawodzie tak zazdrośnie przez nich strzeżonym i zastrzeżonym tylko dla Brytyjczyków.
Z dywizjonu dochodziły do mnie wiadomości o lotach do Berlina, o odwiedzinach obozu Powstańców Warszawskich (dziewcząt) Oberlangen w Niemczech, o zamiarach kolegów zaciągnięcia się do lotnictwa... irackiego itp. itp.
Gdy ja słuchałem wykładów z mądrego prawa, moi koledzy, jak pisze Tadzik Wierzbowski w swych wspomnieniach (1996): „...pod koniec czerwca 1945...mieliśmy czas odpocząć i latać na „zwiedzanie”, z góry, Niemiec. Mam dwa takie loty w moim logbook-u, pierwszy był z moją załogą na oglądanie celów, które bombardowaliśmy swego czasu. Lataliśmy na wysokości tysiąca metrów, albo nawet niżej, aby siedząc wygodnie, zobaczyć zniszczenia spowodowane naszymi bombami. Lot określony w moim log-book-u kryptonimem „Post mortem”, chyba prawidłowo określał charakter lotu. Drugi lot był z załogą ziemną tak, aby nasi mechanicy zobaczyli, co ich wysiłki pomagały zniszczyć na ziemi wroga. Pracowali często dniami i nocami przez cały okres wojny i chyba rozumieli, że bez ich udziału i poświęcenia sytuacja byłaby zupełnie inna i kto wie, czy to nie lotnicy z Niemiec oglądaliby dzisiaj Anglię i zbombardowane przez nich cele gdyby nie nasi mechanicy. We wrześniu 1945 r. zaczęliśmy latać do Włoch, zabierając personel angielski na urlopy do Anglii albo na demobilizację... innym razem przywieźliśmy 20 pielęgniarek...4-go listopada polecieliśmy do Berlina z lądowaniem na lotnisku Gatow. Spędziliśmy tam cały dzień i noc na oglądaniu zniszczeń w stolicy Niemiec. Wracaliśmy tym samym korytarzem powietrznym, który nie długo potem służył w zaopatrywaniu oblężonego przez Rosjan Berlina... ” A ja w tym czasie trochę żałowałem, że moje przeżycia wojenne zostały zubożone o tych kilka miesięcy.
Kusiły one do powrotu kolegów, do beztroskiego życia z dnia na dzień. Postanowiłem nie poddawać się nastrojom i dokończyć to, co zacząłem przed dziewięciu laty we Lwowie. Nie wolno pozostawiać czegoś rozpoczętego w pół drogi i zostać malkontentem na całe życie. Skończyłem 27 lat, miałem za sobą sześć lat wojny pełnych różnego rodzaju zawodów, gonienia za czymś, co w końcu okazywało się mirażem, mogę więc raz jeszcze być... „niepraktycznym” i zakończyć coś, co mi nie da natychmiastowej i bezpośredniej korzyści oprócz zadowolenia z pójścia raz jeszcze pod prąd. A zresztą, uwiodła mnie atmosfera oxfordzkich college-ów, szacownych murów pełnych studiującej młodzieży, przybranej w togi, wśród których wybijaliśmy się naszymi battle-dressami, chociaż i wśród nas pojawiali się nosiciele ubrań cywilnych, podarowanych przez Czerwony Krzyż. Wykłady mieliśmy w Campion Hall, Corpus Cristi College i Black Friars, które użyczały nam wojakom swojej gościny. Zamieszkałem prywatnie w domu na wprost boiska kriketa, z którego okna mogłem oglądać w biel ubranych dżentelmenów celebrujących tę grę.
Pewnego popołudnia odwiedził mnie dziwny gość, którego nie chciałem wpuścić za bramę domu. Tajemniczy facet przyciśnięty przeze mnie, przedstawił się jako porucznik (był w cywilu) Bernadzikiewicz „sprawujący opiekę nad żołnerzami Polskich Sił Zbrojnych (byli wśród nas marynarze, lotnicy i z zielonego wojska) przebywających na terenie jego jurysdykcji” jak się wyraził. Coś mi zaczął pleść na temat Komitetu Lubelskiego (był opóźniony, bo rząd brytyjski 6-go lipca uznał „rząd tymczasowy”), który rekrutuje swoich popleczników itp itp. Oświadczyłem jemu, że nie uważam się za „będącego w jego jurysdykcji”, co skwitował groźnym oświadczeniem, że jest oficerem II Oddziału. Tego mi tylko brakowało, otworzyłem drzwi i poprosiłem, żeby natychmiast wyszedł i nie plótł mi bajek na temat Komitetu Lubelskiego, bo ja sam najlepiej zadbam o moje poglądy i nie potrzebuję do tego moralistów z „Dwójki”. Facet, wprawdzie z oporami, ale wyszedł i tyle go widziałem. Nie wiem, czy ten incydent wywarł jakikolwiek wpływ ujemny na przebieg mojej „kariery wojskowej”, w świetle tego, że w dwa miesiące później zostałem awansowany do stopnia... plutonowego W.P. Ten awans przypisuję raczej trudnościom finansowym Konsulatu naszego w Londynie, z powodu których armia wzięła na siebie obowiązek przejęcia większej części kosztów moich studiów pod pokrywką tegoż awansu.
Dnia 6 lipca 1945 r. nasz wierny sojusznik, z którym kiedyś mieliśmy być sobie wierni aż do śmierci, cofnął uznanie naszemu rządowi, uznając „rząd tymczasowy” w Warszawie, przestał uważać Polskie Siły Zbrojne za wojsko suwerennego państwa i przejął nad nim kierownictwo.
Wypadki potoczyły się lawinowo: następnego dnia w pismach emigracyjnych, związanych z Mikołajczykiem ukazał się apel generałów Izydora Modelskiego i Gustawa Paszkiewicza (spadł z piedestału dowódca XII Dywizji tarnopolskiej, kawaler trzykrotnego V.M.) nawołujący do oddania się (nas żołnierzy) pod rozkazy Tymczasowej Rady Jedności Narodowej z Warszawy. Rozpoczął się wyścig „w workach” do koryta warszawskiego.
Z mojego dywizjonu zawiadomili mnie o odznaczeniu Krzyżem Walecznych. Rozkaz ukazał się w rocznicę moich 27 urodzin, w dniu 5.VII.1945 r. (OZN 189/45). Poczułem się trochę rozczarowany tą „arytmetyką” dowództwa naszego lotnictwa, które za 30 lotów dawało V.M. i trzykrotnie K.W., a za moje 19 tylko raz K.W. Szybko przeszedł żal, gdy sobie przypomniałem noc, w którą wstąpiliśmy przed pięciu laty, na ścieżkę wojenną. Nie było wtedy myśli o nagrodzie za pogoń za wojskiem polskim, które formowało się we Francji. Rozumowo wytłumaczyłem sobie, ale w sercu pozostała mała zadra. Cóż ona jednak znaczyła wobec większego bólu utraty możliwości powrotu do Ojczyzny, co wkrótce, bo 17-go lipca zostało ostatecznie zadekretowane w Poczdamie.
O Poczdamie wyczytałem następnego dnia z "Obserwatora” dostarczonego do mojego nowego m.p.: przy 10 Norham Street. Przeniosłem się do tego pensjonatu, bo na miejscu można było korzystać z posiłków. Znudziło mi się jadać w sztywnej atmosferze Oriell College. Pewnego dnia zobaczyłem w ogródku przed sąsiednim domem, pozbawionym żelaznego ogrodzenia (wojna przetopiła wszystko co trąciło metalem), przy krzaku róż takie oto ogłoszenie: „There were three of us, Left is one only”. Tak zaprotestowała Angielka, której złodziej pozbawił dwóch róż. Uderzył mnie upadek obyczajów w tym tak ustabilizowanym do niedawna kraju. W pensjonacie przy stole zbierało się przyjemne towarzystwo, w którym ja jeden nie przekroczyłem trzydziestki. Właścicielka mrs.West, wojenna „wdowa” z mężem gdzieś po Singapurze w japońskiej niewoli, dbała do tego stopnia o swoich lokatorów, że jeżeli miałbym jej wierzyć, przynosiła przed spaniem do łóżka kubek kakao, twierdząc że taki zwyczaj panuje w jej pensjonacie. Zdziwiło mnie, że ten zwyczaj załamał się na mnie, bo nie skorzystawszy z jednej oferty, nie spotkałem się z ponowieniem daru w postaci gorącego kakao. Jeżeli kiedyś w ogóle sierżant West wrócił z niewoli japońskiej powinien być mi wdzięczny, że nie potraktowałem poważnie... kubka kakao, serwowanego przez p.West o luźnie zamontowanej protezie. Protezy wciąż straszyły Polaków, nie przywykłych do widoku tego aparatu.
Atmosfera wokół nas Polaków i sprawy polskiej w Anglii zaczęła gęstnieć. Już w „pubach” nie było poklepywania „brave Poles” i stawiania kolejek piwa (whisky wciąż na kartki), pojawiło się natomiast hasło „Poles go home”. W parlamencie lewica i komunista Gallagher wykorzystywali każdą sytuację, by „dowalić” Polakom. W Oxfordzie mieliśmy szczytny wyjątek wśród lauborzystów w osobie lorda Pakenhama, na którego z sympatią i podziwem patrzyłem jak z gromadką swoich dzieci uczestniczył we mszy świętej w katolickim kościele.
W każdą niedzielę kupowałem wszystkie poważniejsze dzienniki i ich niedzielne wydania (The Times, The Obserwer, The Daiły Telegraph, Tribune, The Catholic Herald i nie obeszło się bez łowcy skandalów i urabiacza opinii klasy robotniczej „The news of the world") ale niczego dobrego dla nas w nich nie znajdywałem. Niebo polskie tak było zaciągnięte czarnymi chmurami, że nie było miejsca nawet na słabiutki promyk nadziei. „Natchnienie świata” z Karty Atlantyckiej już nie było potrzebne. „Karta Atlantycka” pomagała nam obecnie tylko w odpieraniu żartów Anglików, którzy na widok Polaków „uzbrojonych” w teczki (czyżby te teczki tak powszechnie przez polskich żołnierzy noszone na każdą okazję, były podświadomą zapowiedzią gotowości do następnego etapu naszej wędrówki po świecie?) kąśliwie zapytywali, co też w tych teczkach nosicie? Kwaśniały im miny, gdy w odpowiedzi usłyszeli „Kartę Atlantycką”.
Trudno było skupić się na wykładach prawa, gdy wokół nas szalało bezprawie, kiedy łamane były zasady filozofii europejskiej, kiedy ta nasza z trudem zdobywana, po 6-cio letniej przerwie, wiedza na nic miała się nam przydać, przynajmniej w najbliższej przyszłości, jak niektórzy z nas łudzili się. Często między wykładami zachodziłem na brzeg Tamizy niedaleko przystani „Oxfordu”, gdzie patrząc na treningi beztroskich studentów angielskich, przygotowujących się do regat, oddawałem się smutnym rozmyślaniom. Z domu z Polski żadnych wieści, niepewność co do najbliższej przyszłości, bracia z Włoch w swych „airgraphach” do mnie jeszcze nie zdawali sobie sprawy z tragizmu naszej sytuacji, jeszcze żyli w euforii zwycięskiego wojska w otoczeniu pobitego narodu włoskiego, chociaż i tam komuniści przypominali im, że wojna się skończyła, w co nasi żołnierze nie chcieli wierzyć. Tam wizja dalszego ciągu wojny była żywa. My tutaj też łączyliśmy nasze nadzieje z wybuchem konfliktu między niedawnymi aliantami.
A tymczasem „nasi” patrioci w osobach generałów Modelskiego, Paszkiewicza, Bronisława Prugara-Ketlinga, Mieczysława Boruty-Spiechowicza i grupy oficerów w dniu 27 lipca wystąpili z apelem do wojska polskiego na Zachodzie o powrót do kraju. Mało im było zdrady osobistej, potrzebowali jeszcze argumentów w postaci tysięcy żołnierzy w battle-dressach. Takie wiano zapewniłoby im karierę w Ludowym Wojsku. I ktoś powiedział, że historia się nie powtarza. Patrząc na tych generałów przypominają się tacy napoleończycy jak np. gen. Krasiński i jemu podobni, którzy pomagali tworzyć wojsko Królestwa Kongresowego. Mimo tych reminiscencji historycznych, które powinny „usprawiedliwiać” krok generałów emigracyjnych, zbierało mi się na wymioty na widok upadku moralnego „naszych wodzów”, dla których kariera osobista stanęła przed interesem narodowym i... prostą uczciwością i lojalnością wobec tysięcy żołnierzy, którzy pozostali wierni opuszczonym przez generałów, sztandarom.
Żeby się nie dać zwariować, wyskoczyłem na dłuższy week-end do Morecambe. 26 lipca to szczyt urlopów klasy robotniczej, zapełniającej znów tłumnie plaże Blackpool i pobliskiego Morecambe. Ale i tu nie znalazłem spokoju czy zapomnienia. Mój mundur przypominał plażowiczom to, o czym oni zdążyli już zapomnieć, a wizja niechybnego powrotu z wojny mężów i sweethartów wpłynęła na oziębienie stosunków z bezrobotnymi lotnikami-foreignerami.
Zdążyłem na rozpoczęcie przyspieszonego II-go semestru w dniu 1-go sierpnia 1945 r. Wieczorem przyszedłem na występ „Anglo-Polish Ballet” osłodzonego wezwaniem Tymczasowej Rady Jedności Narodowej z Warszawy, cytuję: „Obowiązek patriotyczny wymaga od Was (tzn. od nas) podporządkowania się T.R.J.N. i stanięcia pod rozkazami naczelnego dowództwa wojska polskiego marszałka Żymierskiego i mianowanych przez niego dowódców... ” Nie wiadomo było czy śmiać się czy płakać!
Na Longwall Street odwiedziła nas Zofia Kossak-Szczucka. Smutne to było spotkanie. W kilka dni później zjawił się kurier Podziemnej Polski, powstaniec warszawski Jan Nowak z żoną. Miał prelekcję z przeźroczami na temat Powstania Warszawskiego. Utkwiło mi w pamięci nerwowe zachowanie się Nowaka, wyskoki jego cierpliwie znosić musiała jego żona, której myliła się kolejność podawanych przez niego przeźroczy. Pojawiły się u nas pierwsze dziewczyny z obozu w Oberlangen, gdzie Niemcy urządzili byli obóz dla uczestniczek powstania. Dumnie nosiły na battle-dressach odznakę, na której wybijały się litery „W.P.” My je przestawialiśmy na „P.W.”, nazywając je sardonicznie „Podpalaczami Warszawy”. Długo nie mogły zrozumieć naszego wisielczego humoru, który wcale nie ujmował im naszego szacunku dla ich walki. W wiele lat później miałem się dowiedzieć, że żoną Nowaka tak sterroryzowaną” przez męża, była wychowanka Prywatnego Gimnazjum Żeńskiego Lenkiewiczowej w Tarnopolu w latach 1928-1932 Barbara Wolska, córka inspektora powiatowego oświaty w Tarnopolu Teofila Wolskiego.
Dla doskonalenia języka angielskiego chodziłem do teatru. Wybór nie był wielki, bo nie rozpoczął się jeszcze sezon.. Ubawiłem się setnie na „Arsenic and old lace”. Nie do śmiechu natomiast była sytuacja polityczna, w jaką zostaliśmy wmanewrowani. Dnia 21.IX.1945 r. rząd angielski zarządził przeprowadzenie plebiscytu wśród tych, którzy chcieli wrócić do kraju. Zgłosiło się 17%, przeważnie byli to Ślązacy, którzy dołączyli do II Korpusu we Włoszech, częściowo dezerterzy z wojska niemieckiego i częściowo b.jeńcy, wzięci do niewoli przez aliantów.
Potwierdzenie nastroju w jakim upływały nasze dni w Oxfordzie, znalazłem w sztuce Oscara Wilde'a „The picture od Dorian Grey”. Nam też pokazują codziennie wstrętną i odpychającą twarz prawdy, wyzierającą zza zbitego szkła.
Wykłady rano, wykłady po południu, sumują się dni niezbyt pogodnej jesieni oxfordzkiej. Wreszcie ostatnie wykłady: 8 października z prawa gospodarczego, 9-go X z międzynarodowego prawa prywatnego, 10-go X z prawa cywilnego, 11-go X z prawa handlowego i 13-go października zakończenie roku po to, by 15-go zasiąść do egzaminu. Sesja trwała do dnia 27-go października 1945 roku. Przeżywaliśmy nerwówkę zupełnie tak, jak przed wojną, kiedy mieliśmy po 19 lat, świeżo z gimnazjum.
Nie tak sobie wyobrażałem zakończenie studiów uniwersyteckich, kiedy w 1936 roku wstępowałem na Uniwersytet Jana Kazimierza we Lwowie. Wprawdzie sceneria oxfordzka przewyższała Lwów, ale 6 listopada 1945 r. to nie ten czerwcowy dzień we Lwowie, który, gdyby nie wojna, przypadł-by na rok 1940. Promocja (III z kolei) magistrów odbyła się wobec Vice-Kanclerza Uniwersytetu Oxfordzkiego Sir Richarda Livingston w jednej z sal tzw. Divinity School. Regius Profesor F.de Zulueta przedstawił Vice-Kanclerzowi kandydatów na stopień magistra prawa, a po uzyskaniu zgody Vice-Kanclerza na promocję, wręczono dyplomy. Obecny był provost Oriel College Sir David Ross. Po uroczystości odbyło się zebranie towarzyskie w Rhodes House. Ostatnia lampka wina, ostatnie pożegnania i już ten okres studencki w mundurach wojskowych, należy do przeszłości. Byli wśród nas przyszli emigranci polityczni, ale też nie zabrakło gotujących się do wyjazdu do kraju po „złote runo”.
Zostało jeszcze kilka dni z bezpłatnego sześciomiesięcznego urlopu, więc wyskoczyłem do starych znajomych w Sheffield, a stamtąd do Londynu, do Wydziału Oświaty D.S.P. w nadziei, że może uda się uzyskać stypendium na rozpoczęcie studiów w zakresie psychologii i socjologii. Moje zapytanie spotkało się z wysoko podniesionymi brwiami „urzędasa” i stwierdzeniem „trzeba zostawić trochę miejsca i innym jeszcze...” Cóż było robić? pozostał powrót do bazy Lotnictwa Polskiego w Dunholme Lodge, Lins, gdzie wyczekałem się do dnia 17-go grudnia 1945 r., kiedy to dostałem rozkaz wyjazdu, a dla mnie powrotu, do mojego dywizjonu w Faldingworth. Wróciłem do starego baraku w ramiona oczekującej załogi. Tu dogoniły mnie zaległe listy od braci z Włoch. Zbyszek gratulując mi uzyskania magistra, życzy Bierutowi i innym s... ..m, by trafili w moje ręce „sprawiedliwości”. Wacek natomiast doniósł mi, że na ostatnim zjeździe ZHP na Środkowym Wschodzie, został wybrany do Naczelnej Rady ZHP i zaraz w następnym akapicie pisze „...gdybyś mógł mi przysłać jakąś możliwą fajkę...”. Coś się zmienia na tym zwariowanym świecie, jeżeli harcerze odstępują od istotnego punktu prawa harcerskiego!
Po prawie sześciomiesięcznej przerwie znów znalazłem się na pokładzie lancastera. Przyjemne uczucie powrotu do wojennej normalności do tego stopnia, że polecieliśmy na „bombing”, czyli ćwiczenia bombardowania. Okazało się, że na skutek żywiołowej demobilizacji lotnictwa brytyjskiego w wykonaniu Rządu Partii Pracy („Labour Party”) przypadł nam w udziale „zaszczyt” bycia jedynym dywizjonem najcięższych bombowców na stopie bojowej na całej Wyspie. W styczniu 1946 r., jak gdyby nigdy nic, wykonaliśmy 4 loty. Na pewno byłoby więcej, gdyby warunki pogodowe były znośniejsze. Z Londynu dochodziły do nas odgłosy walki o polskich żołnierzy między lubelskim rządem, wspieranym przez sowiety a Anglikami. Szalała propaganda komunistyczna w prasie angielskiej. Już nie były to odosobnione przypadki zachęcania nas do powrotu, pojawiała się agresja w tych „zaproszeniach”. Kulturalniejsi Anglicy nazywali to „overstayed welcome” z właściwą sobie hipokryzją. Fakt, że 20 stycznia 1946 r. pojechałem do Leeds, by zamówić sobie u krawca, Żyda z Wiednia, cywilne ubranie nie miał niczego wspólnego z „wyprosinami” naszych niedawnych sprzymierzeńców. po prostu poczułem, że trzeba zacząć przyzwyczajać się do tego stroju.
W naszej mesie, w hallu, znajdowały się przegródki z naszymi nazwiskami, gdzie wkładano listy do nas przychodzące. Było to miejsce cichych westchnięć: już nie chodziło o listy od angielskich sympatii, teraz czekaliśmy na listy z kraju.
Od roku 1942 byłem stałym odbiorcą „Kalendarzyka Polaka w Wielkiej Brytanii” opracowywanego i wydawanego przez p.A.Laskowską, w którym notowałem sobie niektóre ważniejsze lub mniej ważne wydarzenia w moim życiu. I tak pod datą 22-go stycznia 1946 r. ujętą w serduszko, wpisałem „List od Danki”. Pierwszy znak życia z domu, ale zanim zacząłem analizować tę bardzo krótką wiadomość, cieszyłem się jak dziecko. Na odwrocie blankietu „British Red Cross”, wysłanego przeze mnie jeszcze w maju 1942 r., ręką Danki napisane kilka zdań: „Kochani Bracia. Jesteśmy zdrowi i też cali. U nas wszystko w porządku. Mamy kontakt z Mietkiem. Ma on żonę i już dziecko. Ja chodzę do szkoły i uczę się pilnie. Kończę, zasyłam Wam moc uścisków. 15.X.1945 - Matka, Ojciec i Danka”. Gdy minęła pierwsza radość, zacząłem analizować treść listu. Uderzyło mnie to, że nie pisał ojciec, a Danka. Nie podpisał ojciec, nie podpisała matka. Powstała obawa, że ojciec nie żyje. Jeszcze tego samego dnia wysłałem „airgraph-y” do Manka, Wacka i Zbyszka, dzieląc się z nimi moimi obawami o los ojca. Jak sprawnie działała wojskowa poczta angielska niech świadczy o tym data odpowiedzi otrzymanej od Wacka z „miejsca postoju” gdzieś we Włoszech, 28.II.1946 r. Pisze Wacek: „Od Manka otrzymałem kartkę Danki, której wiadomości przyniosły dużo radości, lecz nie mniej przymieszki smutku. Postaraj się w następnych listach wyjaśnić zagadkę milczenia o ojcu... ” i dalej „de publicis:” „u nas czas płynie wolno. Ciągle czekamy na decyzje w naszej sprawie. My zajmujemy nadal takie samo stanowisko, jak przedtem i nikt nam nie wmówi, że białe jest czarnym...”
Nie mając adresu Danki, napisałem do ciotki Hanki w Brzostku, wychodząc z założenia, że ją chyba wojna nie ruszyła z miejsca, by mi podała adres Danki. Równocześnie „zaalarmowałem” braci we Włoszech, by zbierali funty na wysyłkę paczek z pomocą dla naszych w kraju. Niby jesteśmy jedynym dywizjonem najcięższych bombowców na stopie bojowej w RAF-ie, ale nie widać tego, choćby w lotach ćwiczebnych, których w lutym mieliśmy aż... jeden. Nie wiedzą co z nami robić, więc wysyłają nas na coraz częstsze urlopy. Zanim otrzymałem odpowiedź na mój list do Brzostka, dnia 11 marca z Krakowa pisze Danka: „Wiele radości sprawiła nam wiadomość o Was. Jesteśmy zdrowe i czekamy na Was. Piszcie dużo i często... Matka z Danką” Potwierdziły się moje obawy co do losu Ojca, chociaż Danka uparcie milczy, nie chcąc nas ranić. Dopiero dnia 20.III.1946 r. list od cioci Hanki potwierdził nasze obawy: „...jesteś mężczyzną i chyba przygotowany, a więc śp Wujek Jędruś, ciotka Ozgajowa, Mundek Szuba (Oświęcim) i Twój Ojciec... ci już spokojni...” Później miałem się dowiedzieć, że wujek Jędruś zmarł w oflagu w Murnau, ciotka Ozgajowa z Zagórza zmarła z rozpaczy po wywiezionej do Niemiec córce Marysi, a cioteczny brat w Jaśle Mundek Szuba zmarł w Oświęcimiu. Ojciec zginął 2.VIII.1941 r. w Maksymówce k/Zbaraża. Jak na jedną rodzinę to chyba nie mało ofiar?
Tego samego dnia, 20 marca 1946 r., rozdano nam oświadczenie ministra Bevina, zachęcające do powrotu do Polski tych, którzy tego zechcą. Równocześnie mocno podkreślił, że nie porzuci nas wilkom na pożarcie. Oczywista aluzja do wzmożonych nacisków ZSSR, rządu warszawskiego i Labour Party w Anglii, i miało osłodzić nam gorzką pigułkę, zaserwowaną przez rząd angielski w postaci rozwiązania Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie.
Po nawiązaniu kontaktu z domem, otworzyła się śluza i listy między Krakowem a nami, tutaj
w Anglii i braćmi we Włoszech płynęły jeden za drugim. Rozpoczęliśmy akcję wysyłania paczek
z pomocą dla mamy i siostry w Polsce. Potworzyły się agencje wysyłkowe w Londynie, które zajęły się wysyłką standardowych paczek, zawierających towary, które łatwo było spieniężyć w wygłodniałym kraju. W naszym przypadku, kiedy Danka zaczęła się uczyć w Krakowie a mama, schorowana nie mogła pracować, zawartość takich paczek stanowiła podstawę ich egzystencji. Dowiedziawszy się, że papierosy w wielu wypadkach zastępują walutę, codziennie wysyłałem po 10 „Woodbeinów” w płóciennych kopertach poleconej poczty. Oczywiście nie wszystkie dochodziły do rąk adresata, ale i to, co zdołało przedrzeć się przez złodziejski łańcuch w kraju, pozwalało jakoś przeżyć. Z początku urzędniczka na wiejskiej poczcie obsługującej nasze lotnisko, była zaskoczona ilością paczek i listów wychodzących od „Polish airmen” dąsała się, ale gdy jej wytłumaczyliśmy, że ta pomoc jest istotną dla przeżycia, poddała się rygorom dodatkowej pracy. Odświeżyłem kulejącą korespondencję z Vicky w Kanadzie, by za jej pośrednictwem wysyłać z Kanady większą pomoc do Krakowa. Wysyłaliśmy jej funty angielskie, bo taka była możliwość, a ona stamtąd słała do Polski „coś do ubrania”.
Dnia 6-go kwietnia 1946 r. otrzymałem list od wujka Ostrowskiego z Krakowa z prośbą, bym wszczął poszukiwania jego syna Janka, aresztowanego przez gestapo w Krakowie z tzw. grupą literacką. Ktoś mu powiedział, że Janek jest w Anglii. Poszukiwania moje nie dały żadnego rezultatu. Po uporządkowaniu dokumentacji oświęcimskiej miało się okazać, że Janek zginął w tej mordowni. Tak więc z rodziny naszej mamy dwie ofiary oświęcimskie.
Jak się okazało z listu Ignasia Człowiekowskiego z Paryża, dokąd trafił po zwolnieniu z internowania w Szwajcarii, myśli on o przyjeździe do Anglii. Prawdopodobnie na decyzję tę wpłynęła informacja o przyjeździe jego lwowskiej sympatii z rodzicami do Anglii. Jeszcze dobrze 3-go maja nie wróciłem z urlopu, a tu już wysyłają na nowy. Czemu to zawdzięczamy? Raz, że wciąż jesteśmy traktowani jak jednostka operacyjna a dwa, poprostu nie wiedzą, co z nami robić. W kwietniu odwaliliśmy 6 lotów, a w maju już tylko 3. Rozleniwiliśmy się do niemożliwości. Większość czasu spędzamy w messie na lekturze gazet angielskich i polskiego „Dziennika żołnierza”. Co chwila wybucha okrzyk, którego zawartości nie chcę tu przytaczać zarówno pod adresem rządu lubelskiego jak i angielskiego. Czasem w parlamencie angielskim odezwie się pojedynczy głos w naszej obronie, reszta zdominowana jest przez bezczelnego Gallaghera, szkockiego komunistę. Składowisko bomb na zapleczu naszego lotniska obrasta trawą, ale my wciąż żywimy nadzieję, że dojdzie do wojny ciągu dalszego.
Bracia we Włoszech koniecznie chcieliby mnie zobaczyć, by podjąć jakąś decyzję w gronie rodzinnym. Ogólnie jesteśmy zdecydowani nie wracać. Dnia 13 maja piszę prośbę o udzielenie mi pozwolenia na wyjazd do Włoch. Wprawdzie już rok minął od zakończenia wojny, ale kontynent nie jest jeszcze bezpieczny dla takich podróży. We Francji bałagan, nie lepiej we Włoszech z komunistyczną ruchawką.
Z jednej strony coraz pewniej widać, że zostanę na obczyźnie a z drugiej strony patrząc na kalendarz, trudno się oprzeć wspomnieniom, związanym z ojczyzną, nawet wtedy gdy została okaleczona amputacją naszych Kresów Wschodnich. Zapytałem w liście do Danki o wojenne losy Kazi (którą nazywam Mirą). Okazało się, że po repatriacji", zasługującej na miano „wypędzenia”, straciły kontakt ze sobą. Dziś, gdy przeglądam „Kalendarzyk żołnierza polskiego w Wielkiej Brytanii” za rok 1946, mogę sobie odpowiedzieć na zawarte tam pytanie pod datą 28-go maja: „10-lecie matury, gdzie będzie 20-lecie?” Wtedy nie wiedziałem, dziś wiem, że tę rocznicę obchodziliśmy już we trójkę w kraju.
Już piąty i szósty list z domu. W tym miejscu chyba warto dla, jak Anglicy mówią „records”, a po naszemu, dla historii zanotować zawartość paczek wysyłanych na nasze zamówienia przez agencje wysyłkowe. Za 5 funtów angielskich, 10 szylingów w paczce było: 5 funtów kawy ziarnistej, 2 funty kakao, 1 funt herbaty, 3 funty kaszy, 2 funty mydła, 3 puszki konserw i 100 papierosów. Jedna myśl nas zawsze gnębiła: ile z tego „dobrobytu” dojdzie do rąk adresata? Przez Czerwony Krzyż wysłaliśmy inną paczkę za 3 funty i sto szylingów: 1 koc, dwa prześcieradła, dwie poszewki i dwa ręczniki.
Jeszcze główniejsze i barwniejsze okrzyki wydobywały się z naszych piersi w messie, gdy czytaliśmy o defiladzie zwycięstwa 8-go czerwca 1946 r. w Londynie. Nie zaproszono Polskich Sił Zbrojnych, Anglicy ograniczyli się do zaproszenia polskich lotników, bo bali się większego skandalu, choćby ze względu na wciąż żywą - mimo wszystko - pamięć udziału polskiego lotnictwa w Battle of Britain. Przeliczyli się jednak, bo lotnicy nie wyjechali z Londynu, solidaryzując się z „armią”. Już drugi raz Polska świeci nieobecnością, pierwszy raz na otwarciu konferencji Narodów Zjednoczonych w San Francisco. Despekt za despektem - taki to los alianta, który „has overstayed his welcome”.
Widocznie jakieś protesty musiały trafić do dowództwa naszego lotnictwa za jawne pokrzywdzenie załóg, którym zabrakło kilka lotów do pełnej kolejki, bo dostaliśmy dnia 15.VI.1946 r. „nagrody pocieszenia” w postaci, w moim przypadku, trzykrotnego Medalu Lotniczego. Wyróżnienie to zbiegło się z rozbiciem naszej załogi. Odszedł por.Wierzbowski, a mnie przeniesiono do załogi chorążego Jabłonowskiego, z którym polatałem sobie do listopada 1946 r.
Od czerwca zaczęła się ewakuacja II Korpusu z Włoch. Pojawili się pierwsi żołnierze Andersa
w Anglii. Tutaj po raz pierwszy poczuli się zagubieni. Nieznajomość języka, nieprzychylna atmosfera wracającego do normalności kraju, całkowicie pozbawiły ich pewności siebie, jaka cechowała ich we Włoszech po zwycięskiej kampanii. Bracia z Włoch przebąkują o ewentualnych datach ich pojawienia się na Wyspie. Z Jeleniej Góry odezwał się Mietek Augustyniak, kolega Manka,
z prośbą o lekarstwa. Sława penicyliny doszła do kraju, gdzie uwierzono, że to jest panaceum na wszystkie dolegliwości. Tak przynajmniej wynikało z wiadomości dochodzących do nas z kraju. Natychmiast zamówiłem dwie paczki z lekarstwami, jedną dla mamy i drugą dla Augustyniaków. Wreszcie na coś uczciwego przydaje się mój, stosunkowo wysoki żołd chorążego RAF-u, 10 funtów i 6 szylingów. Dotychczas pieniądze szły na przysłowiowe „wino, kobiety i śpiew”. Teraz studiowaliśmy ogłoszenia w prasie o agencjach wysyłających paczki o wciąż nowych zawartościach, w miarę jak Anglicy uwalniali od zakazów nałożonych na różnego rodzaju artykuły, szczególnie odnosiło się to do artykułów tekstylnych, bo wciąż jeszcze obowiązywał system kartkowy, surowo przestrzegany. W miarę przybywania listów z kraju, rozluźniały się nasze więzy z Angielkami i przyjaciółmi angielskimi, dla których prysł czar munduru a nasz akcent angielski przestał być zabawny.
Dnia 1 lipca 1946 r. obchodziliśmy poraz ostatni Święto Dywizjonu 300. Przelot samolotów nad naszą bazą, następnie defilada i przypinanie Krzyży Walecznych przez dowódcę Bombing Command. Jeszcze parę lotów w lipcu, a potem to już tylko odstawianie samolotów na złom. Na złomowisku podjeżdżały pod ciepły jeszcze samolot olbrzymie piły i cięły na części potężne kadłuby Lancasterów. My wciąż nie przyjmowaliśmy tego jako potwierdzenia hipotezy, że w najbliższym czasie wojny nie będzie. Dnia 25-go lipca wyjechałem do Francji, by stamtąd wyruszyć do Włoch, na spotkanie z braćmi, których nie widziałem od wyjazdu z Rosji a nawet, jak w przypadku Zbyszka, od wyjazdu z więzienia w Kijowie. Dwa dni spędziłem w Paryżu, poświęcone na zwiedzanie miasta. Potem ruszyłem pociągiem specjalnym dla wojska amerykańskiego do Nicei. Amerykanie przyjęli serdecznie alianta i pomimo protestów francuskich kolejarzy, zabrali mnie do siebie. W Nicei posiedziałem dłużej, bo były trudności z przekroczeniem granicy francusko-włoskiej. Za sprzedane opony rowerowe mogłem w dobrym hotelu „przemieszkać” cały tydzień, spędzając czas na plaży. Tutaj wracali do zdrowia łagiernicy z niemieckich obozów oraz polscy oficerowie z Murnau. Spotkałem się z kolegą ze studiów ze Lwowa, z Jasiem Wawrzkowem, ale niewiele mieliśmy wspólnych tematów do rozmowy. Zadra lwowska głęboko tkwiła we mnie, rozczarowanie trwało tym bardziej, że nie zrobił żadnego gestu, żeby przyznać się do winy. Nie szukałem jego towarzystwa, spędzając czas w towarzystwie międzynarodowym, złożonym z Angielki, która jeszcze nie mogła przyjść do siebie po Belsen-Belsen, rosyjskiej emigrantki z Kiszyniewa i studentki francuskiej, uczącej się języka angielskiego. Męska część towarzystwa zmieniała się w miarę jak uzyskiwali pozwolenie na przekroczenie granicy. Dnia 4-go sierpnia bez żadnych trudności w Ventimile wsiadłem do pociągu i tego samego dnia nocowałem w Genui (Genova). Niezapomniane wrażenie z podróży z Nicei do Genui, potem z Mediolanu, gdzie szybko przesiadłem się do pociągu do Wenecji przez Bolonię. Z Wenecji do Mestre, miejsca postoju Manka. Tu wpadłem w pulchne ramiona Manka i... rozmowom nie było końca. Wieczorem, gdy słońce skłoniło się ku zachodowi spotkaliśmy się z Pawełkiem Paliświatem z Tarnopola, który adiutantował dowódcy pułku lwowskiego i z tego tytułu miał kwaterę w willi burmistrza miasta. Tu w cienistym ogrodzie spijaliśmy horendalne ilości wina, jako-że toastów było co niemiara. Nie wiem jak znalazłem się na kwaterze Manka i zdziwiony byłem rano, gdy mnie zbudził, by jechać do Wenecji na spotkanie z Wackiem. Wacek odbijał od naszego popijackiego humoru, był przygnębiony brakiem wiadomości od Kryśki, a raczej o Kryśce. Nie zapomniał dać mi kartkę pocztową od p.Mieczysława Michalika z adresem Kazi. Kołysanie gondoli wcale nie leczyło „kaca”, nie pomogły też wspaniałe lody na placu św. Marka. Wenecję pamiętam jak przez sen. Wacek zabrał mnie jeepem na autostradę Wenecja-Milano i dowiózł mnie do stacji kolejowej w Mediolanie. Jeszcze pozwiedzaliśmy trochę miasto z katedrą d'Uomo i „gwizd lokomotywy”, dający znak powrotu, narazie do Nicei, do Francji. W pociągu podróżni Włosi żywo gestykulując przekonywali mnie, jedynego pasażera w mundurze alianckim, o tym, że oni są „partiggiani”. Dziw, że Włosi tak długo tworzyli wspólny front z Niemcami, przy takiej ilości spotykanych przeze mnie partyzantów. Dopiero gdy w Diepp wsiadłem na prom do Anglii, miałem czas pomyśleć o kartce pocztowej, tkwiącej w kieszeni mego munduru. Napisał ją stryj Kazi, adresując na Manka, Polish Forces C.M.F 452. Tak więc kartka powędrowała do Włoch. Po raz nie wiem który wpatruję się w tekst, starając się wyczytać z niego to, co nie jest zapisane zielonym atramentem. „Otrzymałem dziś (29.VI.1946) list od mojej bratanicy Kazimiery Michalik... która prosi mnie o dopomożenie jej skomunikowania się z Panem wzgl. braćmi Pana tj. Czesławem, Wacławem i Zbigniewem, o ile jest spośród wspomn. to proszę do niej pod odnośnym adresem napisać, a jeśli to Pana nie dotyczy, to bardzo proszę mnie o tym zawiadomić, bym mógł zadość jej prośbie uczynić...” Manek nie wiedział o co tu chodzi i przesłał kartkę do Wacka. Wacek, gdy spotkaliśmy się w Wenecji, dał mi ją, mówiąc „może to dotyczy ciebie”. I rzeczywiście dotyczyło. Wpatrując się w fale Kanału Angielskiego przypomniałem sobie moją reakcję ze szczeniackch czasów, kiedy mnie rozbawionego na podwórzu wołała mama do domu: zżymałem się, ale głosu mamy słuchałem. Wracałem do domu. Teraz odczuwam to samo: trzeba wrócić do domu, ale tylko do tego w przenośni, nie do określonego miejsca na mapie. Co jej napisać? Przecież od mojego pożegnalnego listu nie tylko z nią ale z życiem, wysłanego z łagru koło Archangielska, kiedy nas wieziono do Workuty, minęło 6 lat. Jak ona go przyjęła, jak się urządziła? Z kartki wynika, że pozostała wierna... swemu panieńskiemu nazwisku. Ja do kraju nie wracam. Ile to jeszcze lat minie zanim dobiję do ojczystego brzegu? Uparcie wraca pytanie: co jej napisać? Czy w ogóle pisać? Przypomniał mi się odcinek kroniki filmowej, oglądany po powrocie z Kanady, w kinie w Harrogate, gdy z ekranu angielskiego kina spojrzały na mnie ruiny zdobytego przez sowietów Tarnopola. Co ja wtedy przeżyłem? czy mógł ktoś uratować się z tego piekła, które stało się udziałem moich najbliższych?. Takie i inne myśli kłębiły się w mojej „biednej” głowie, a... statek nieodparcie zbliżał się do „white cliffs”, a tym samym zbliżała się chwila podjęcia decyzji. Na całe szczęście, nie miałem żadnych zobowiązań wobec mieszkanek tej Wyspy, czego o sobie nie mogła powiedzieć znaczna część moich kolegów, szykujących się do osiedlenia w Wielkiej Brytanii.

Ze Zbyszkiem nie mogłem się spotkać, bo jego pułk przygotowywali do opuszczenia Włoch. Po moim powrocie do Falidingworth, 15 sierpnia otrzymałem telegram o jego przyjeździe do Ty-Cross, Anglesey. To był czwartek, a w sobotę już byłem u niego. Spotkaliśmy się po dokładnie 6 latach. Chłop wyrósł, nie przypominał tego uczniaka w podartych butach, zjadanego przez ogromną egzemę w kijowskim więzieniu. Skończył podchorążówkę artylerii przeciwlotniczej. Moja przepustka trwała 4 dni, co też wiele mówi o rozluźnieniu dyscypliny w dywizjonie.
Tymczasem rząd angielski wydał akt o „Polish Ressettlement Corps”, co dziwacznie tłumaczy się „na nasze”: Polski Korpus Rozmieszczenia. Milowymi krokami zbliża się nasz rozwód z czynną służbą w RAF-ie.
W messie koncentrowało się nasze życie towarzyskie. Mieliśmy własną kuchnię i stołówkę, bar, klub, czytelnię i dużą salę widowiskową, służącą również do urządzania dansingów. Korzystaliśmy z pewnej autonomii, ograniczonej tylko wielkością przydziałów żywności. Zarząd messy decydował o tym co będzie na obiad, ile należy się każdemu członkowi (od sierżanta do chorążego) whisky, papierosów, czekolady. Zarząd wyznaczał barmana. I tu w tym miejscu zaczynały się kłopoty. Utworzyła się „mafja”, która obsiadła bar i decydowała o przydziałach alkoholu. Drugim słabym punktem była stołówka, gdzie na skutek słabej organizacji i kontroli część naszego przydziału żywności trafiała do messy oficerskiej, bo oficerem żywnościowym był, akuratnie
w tym czasie major Palleolog, który tak zabałaganił sprawozdawczość, że Anglicy sami decydowali o stanach. Do tego jeszcze doszła nieuczciwość niektórych członków messy, którzy sprowadzali sobie swoje lewe „żony angielskie” na posiłki, nie regulując należności. W panujących wtedy w Anglii stosunkach (racjonowanie żywności) wszystko to wpływało na zmniejszenie się zawartości posiłków. Sytuacja z każdym dniem pogarszała się, w messie wrzało i wszyscy czekali na nowe wybory zarządu. Na walne zebranie przyszło niewielkie quo erum, bo nikt nie wierzył, żeby coś się mogło zmienić. Głównie dnia 28 sierpnia przyszli członkowie załóg latających. Ktoś rzucił moje nazwisko, gdy przystąpiono do wyboru prezesa. Ktoś zaklaskał, większość podniosła ręce
w głosowaniu i messa dostała nowego prezesa w mojej osobie. Ja z kolei dobrałem sobie zarząd
z tych, którzy mnie wysunęli, by mi pomogli w przeprowadzeniu „rewolucji pałacowej”. Wymietliśmy zasiedziałych zupaków. Krok po kroku wprowadzaliśmy zmiany. Uporządkowałem statystykę, podstawę przydziałów alkoholu i żywności, otrzymywanych z magazynów angielskich. Nagle okazało się, że na talerzach pojawiły się większe porcje bekonu, częściej były jajka. Kasa skończyła z deficytem, wynikłym z niepłacenia składek. Bezlitośnie ściągałem zaległości. Posłużyłem się psychologią. Ogłosiłem nazwiska dłużników, których listę codziennie aktualizowałem. Klęli, ale płacili. Zmieniłem barmana. Wprowadziłem kontrolę wydawanych przydziałów, co opróżniło bar ze stałych bywalców, wypijających przydziały swoich kolegów bez ich przyzwolenia. Skończyły się kradzieże nakryć stołowych, wynoszonych z kuchni przez kucharki dla swoich sympatii w messie ogólnej (od szeregowca do kaprala). Wpadłem na prosty sposób, który spowodował morze łez u naszych dziewcząt. Złapane nakrycie w messie szeregowców, kazałem powiesić na wysokości 170 cm od ziemi na suficie tak, że każda kucharka i kelnerka niemal głową dotykała je na swojej drodze z kuchni do stołówki. Usunąłem wtedy, gdy delegacja „pokrzywdzonych moralnie” zobowiązała się do szanowania naszej własności. W mesie zapanował porządek, a ja zyskałem wielu, nie powiem wrogów, ale nieprzyjaznych sobie cwaniaków. Byłem wymagający od wszystkich, ale najwięcej od siebie. Przychodziłem do messy pierwszy rano i wychodziłem ostatni w nocy. Szczytem wszystkiego, co przeważyło opinie wszystkich, było zdarzenie przy wydawaniu podwieczorku złożonego z dużej porcji szynki i, masła, gdy goszczącemu u mnie Zbyszkowi, kelnerka wydała ponad przypisaną porcję, przypuszczam, że ze względu na moją pozycję. Byłem obecny przy posiłkach i zwróciłem uwagę kelnerce, nie zważając na to, że tu chodziło o mojego brata. Zawstydzona kelnerka podała normalną porcję. Skończyły się gościnne „wyżerki” angielskich przyjaciół naszych członków poza kontrolą. Wpis do zeszytu był podstawą opłaty, a dla mnie żądania podwyższonego przydziału żywności od Anglików. W ten sposób nie mogły maleć porcje członków. Ot takie przyziemne sprawy. Z nich właśnie m.in. składało się nasze życie.
Dnia 23 września 1946 roku Ignacy Człowiekowski „zameldował się” w Anglii na polskiej fali płynącej z kontynentu na Wyspę, bo „w kupie raźniej”. Nikt nas Polaków nie chciał na kontynencie, każde państwo myślało o swoich problemach, czekających na rozwiązanie, więc pozbywało się tych, które były związane z naszym ewentualnym osiedleniem we Francji czy Włoszech.
Następnego dnia zasiadłem do pisania listu do Kazi, mieszkającej w Bytomiu. Z miejsca zdałem sobie sprawę z tego, że nie będzie to łatwe pisanie, że musi być w nim więcej zimnego rozsądku aniżeli uczuć i stąd pochodzi „inwokacja” listu bez przymiotnika. Nie „kochana”, nie „droga” ani „szanowna” a po prostu „Kaziu! otrzymałem od brata mego pocztówkę, w której Twój Wujek zapytuje o mój adres. Nie mogłem wcześniej napisać; wiele przyczyn się na to składa. „Piórowstręt” jest jedną z najmniej ważnych. Mam wrażenie, że długi okres czasu, dzielący nas musiał maczać
w tym palce, używając angielskiego przysłowia.
Kartkę tę otrzymałem już (muszę przyznać się do tego) dość dawno i parę razy zasiadałem do napisania listu, wciąż jednak znajdywało się jakieś „ale”. W jakże odmiennych i jakże różnych warunkach pisałem do Ciebie mój ostatni list, o którym nawet nie wiem, czy doszedł do Twoich rąk! W kwietniu będzie 7 lat, długich 7 lat, od chwili opuszczenia mego rodzinnego miasta. Tyle myśli ciśnie mi się, taki ich natłok, że nie wiem od czego zacząć. Może Ty, któraś nie straciła kontaktu z ziemią rodzinną, będziesz mogła to lepiej zrobić, może Ci to łatwiej przyjdzie skreślić parę słów, które by zapełniły tę lukę w czasie... .” Z chwilą, gdy list zniknął w skrzynce pocztowej zaczęło się przysłowiowe odliczanie, tych 20 minut przed wejściem na cel bombardowania.
Tymczasem 1-go października 1946 r. Wacek telegrafuje z Fossbridge, Cheltenham, że znalazł się w Stowell Park Camp. Dałem mu trochę czasu na „zadomowianie się” w Anglii i 13 października pojechałem go odwiedzić. Posiedziałem u niego trzy dni i przypatrywałem się naszym żołnierzom z Włoch, jak oni przeżywali szok znalezienia się w zupełnie obcym środowisku, coraz bardziej nie przychylnym nam. W oczach Anglików to już nie żołnierze którzy w 1940 r. strzegli wybrzeży Szkocji przed ewentualną inwazją niemiecką, jedyny sprzymierzeniec Anglii po Dunkierce. Teraz te zawalidrogi zajmujące miejsca w autobusach, włóczący się po pubach i pijący za pieniądze angielskiego podatnika i co najgorsze: konkurent w uzyskaniu zatrudnienia. Już po paru dniach pobytu w Anglii, Wacek zaczął przebąkiwać o wyjeździe za ocean. Poradziłem mu poczekać na Manka i wtedy we czwórkę podejmiemy decyzję. Ja się nie spieszyłem za morze, chciałem być bliżej domu, a bliżej nie było z Kanady czy Argentyny.
W międzyczasie dowiedzieliśmy się o pozbawieniu nas obywatelstwa polskiego przez rząd lubelski. Później się wyjaśniło, że to dotyczyło Andersa i 75 wyższych oficerów Armii Polskiej na Zachodzie. Śmialiśmy się z tego, bo czym mógł nas dotknąć bezprawny akt jakiegoś Bieruta, o którym nawet nie wiedzieliśmy skąd się ten osobnik wyrwał?
W październiku cztery razy wznieśliśmy się w powietrze, jeszcze jeden samolot odstawiony został przez nas na złomowisko.
Przyznam się,że mi się zrobiło miękko w kolanach, gdy trzymałem w ręku niebieską urzędową kopertę z marnego papieru, na której przylepione zostały dwa znaczki pocztowe jak spod topora, ze słowem „Polska” na nich, a obok nich stempel cenzury komunistycznej „3248”. Na odwrocie nadawca „K.Michalik, Bytom ul.Akacjowa 4”. Po chwili otworzyłem i zacząłem czytać. Charakter pisma nie zmieniony. To już dobry znak. „Cesiu! Wiadomość od Ciebie, której zresztą zupełnie się nie spodziewałam (pisze 6.X.1946, ja otrzymałam go 22 października 1946) bardzo mnie ucieszyła. Pisząc do stryja, wspomniałam mu o tym, że chciałabym dowiedzieć się czegoś o Tobie, tym bardziej, że krążyły swego czasu smutne wieści na Twój temat. Strasznie się cieszę, że jest inaczej. Myślę, że korespondencja ze mną nie sprawić żadnych specjalnych przykrości, czy trudności.
O ile jednak miałoby tak być, no to nie odpiszesz mi. Piszesz mi Ceśku, że po 7-letniej przerwie nie wiesz od czego zacząć. Pomogę Ci. Sądzę, że najbardziej zainteresują Cię sprawy domowe, chociaż mam wrażenie, że nawiązałeś już kontakt z rodziną. Ja ostatni raz widziałam się z Twoją Matką i Danuśką na stacji kolejowej w Przemyślu. Jechały wtedy transportem, razem ze swoją znajomą p.Filipowską do Lublina, gdzie przebywał tej pani mąż i syn. Tam miały się zatrzymać na stałe. Żałuję bardzo, że pomimo obietnic i przyrzeczeń dotychczas nie odezwały się do mnie ani słówkiem. A to już blisko dwa lata od tego (koniec lutego 1945). Może Ty znasz ich adres?
Z Danką zżyłam się bardzo i lubiłyśmy się. Byłyśmy przecież przez cały czas razem t.zn od chwili Twego wyjazdu aż do „repatriacji”. Przeżyłyśmy wspólnie chwile najcięższe i niejedną miłą nawet, gdyby nie zaciemniały jej troski o losy najbliższych. Tragizmu było najwięcej. Jednym
z ostatnich było oblężenie i walki o miasto, z którego pozostały tylko gruzy. Wtedy zginęła Kloda (4.IV.1944). W tym samym dni wywieziono Zbycha, a mnie aresztowano. Po różnych przeprawach znaleźliśmy się w domu, skąd brat poszedł do wojska, a ja wyjechałam do pracy. Pisać o tym możnaby całe tomy. Może, może kiedyś będę miała sposobność opowiedzieć Ci to wszystko. Obecnie pracuję w przemyśle węglowym w Zabrzu. Posadę mam naprawdę bardzo dobrą i dobrze płatną. Jestem zupełnie z niej zadowolona. Mieszkam sama w Zabrzu, do rodziców dojeżdżam kilka razy w tygodniu. I już po 7 latach. Możemy przejść do spraw bieżących. Dlaczego Ceś nie napisałeś nic o sobie? Ciekawa jestem bardzo co się z Tobą obecnie dzieje, co robisz, gdzie jesteś itd. Dość często myślałam o Tobie i Twoim losie, i wyobraź sobie były chwile, że zazdrościłam Tobie. Wiem, że przeżyłeś strasznie dużo, ale może masz jakieś lepsze samopoczucie aniżeli ja teraz. Nie zrozumiałam jednego zdania w Twoim liście. Piszesz „długi okres czasu dzielący nas musiał mieć palce w tym”. Wyjaśnij o co Ci chodzi. Jakie „ale” ciągle stawało na drodze i przeszkadzało w napisaniu do mnie? Ostatni Twój list okropnie mnie zaniepokoił Później dopiero zrozumiałam, że nie ma nic złego, coby na dobre nie wyszło, ale milczenie nie dawało mi spokoju i skłoniło mnie do „poszukiwań”. Nie masz mi chyba tego za złe, Cesiu co? O, wyobrażam sobie Jego Lordowską Mość uśmiechającą się pod wąsem. Teraz już chyba musisz Swoje wąsiska zaplatać w warkoczyki i zakładać w gniazdka, czy może już pozbyłeś się ich? Bardzo, bardzo chciałabym Cię widzieć. Przed chwilą patrzyłam na Twoje zdjęcie, ale to już nie aktualne. Napewno bardzo się zmieniłeś. Napisz mi Cesiu dużo, dużo o Sobie. Jestem wszystkiego bardzo ciekawa. Pokonaj swój „piórowstręt”. Czekam z niecierpliwością. Za pamięć i życzenia urodzinowe serdecznie Ci dziękuję. Ja sama o tej „uroczystości” zupełnie zapomniałam. Często mi się zdarza zapominać o tym, że żyję. Przepraszam, że tak paskudnie naszkrabałam. Piszę w biurze, bo na moim gospodarstwie w domu nie posiadam takiego naczynia jeszcze, jak kałamarz. Serdeczne pozdrowienia - Kazia.
P.S. Pisz na adres rodziców, bo ja tutaj w Zabrzu, nie mam kiedy odbierać listów na poczcie. Z domu doręczą mi szybciej. K.M. Bytom, Akacjowa 4”.
Już teraz listy przychodzące z Polski nie budziły sensacji, a jeszcze tak niedawno szczęśliwca otaczała ciżba kolegów, by choćby tylko dotknąć koperty, pachnącej domem. Natychmiast siadłem do pisania odpowiedzi, by następnego dnia wysłać ten list: „Faldingworth 23.10.1946 r.
Kaziu! Serdeczne dzięki za szybką odpowiedź. Korespondencja z Tobą nie sprawia mi żadnych trudności, jeżeli pominiemy milczeniem tę jedną zasadniczą: wstręt poprostu że fizyczny, do przelewania myśli na papier. O jakich Ty trudnościach myślisz? Ostatni list, który do Ciebie pisałem, był poprostu (tak ja wtedy myślałem i byłem przekonany) moim ostatnim listem w życiu. Nie miałem żadnej nadziei, że list ten dojdzie do Twych rąk. Ale, jak sama piszesz, nie ma złego co by na... gorsze nie wyszło, więc żyję i piszę. Jestem bardzo ciekawy, czy też ten list jeszcze masz? Jeżeli tak, to byłaby to jedyna rzecz, jaka pozostała z tych czasów, oczywiście oprócz śladów szkorbutu (cyngi), malarii itp., zresztą historia zupełnie normalna. Później, gdy stosunki się chwilowo zmieniły i znów począłem oddychać świeżym powietrzem wolności, nie chciałem do Ciebie pisać, ponieważ nie miałem prawa narażać Cię na przykrości ze strony niemieckich, wtedy, okupantów. Cóż mogę o sobie napisać? Od 1942 r. poczułem się znowu człowiekiem i wyprostowałem swój grzbiet. Poszedłem tam, gdzie chciałem. Nie bardzo mi wierzyłaś wtedy, gdy Ci mówiłem, że ciągnie mnie do lotnictwa. Nie mówię, że „moje marzenia spełniły się”, ponieważ uczuciowo nie byłem w tym zaangażowany, poprostu dopiąłem swego. Nie wiem, czy Ty Kaziu pamiętasz nalot niemiecki na nasze miasto, gdyśmy siedzieli w rowie, w ogrodzie jezuickim? Gdy osiągnąłem swój cel, to role się zmieniły: przedtem byłem pod wozem a teraz znalazłem się w... samolocie. Po skończeniu się działań wojennych, wstąpiłem na uniwersytet Oxford, gdzie uzyskałem tytuł magistra praw. Gdy poczułem dyplom w kieszeni, kark mi się jeszcze bardziej wyprostował, bo odzyskałem wiarę w siebie, którą w czasie wojny postradałem i samopoczucie wzrosło. Zdawało mi się, że wreszcie uzyskałem rekompensatę z utracone lata, lata nieróbstwa umysłowego. Otrząsł się człowiek z balastu atmosfery niszczenia i zabijania (byłem w lotnictwie bombowym) i myślał, że już czas najwyższy wziąć się do pracy, w zawodzie pokojowym, do którego przygotowywałem się przez tyle długich lat. Niestety, ktoś inny strzela - a kto inny kule nosi! Trzeba było chwilowo zrezygnować z planów na najbliższą przyszłość, które trzeba nieco odłożyć. Fakt ten wpłynął na moje samopoczucie w tym kierunku, że usztywnił raczej mnie i wcale nie pozbawił wiary w przyszłość. Może, żyjąc w moich warunkach, przychodzi mi to łatwiej aniżeli Tobie, ale nie zapominaj o tym, że Ty jesteś na Swoich własnych śmieciach i „Latarnika” duszę znasz tylko
z nowelki sienkiewiczowskiej. Zamknąłem się w sobie i pracuję nad sobą.
Usuwam wszelkie ślady jakie anormalne życie, od opuszczenia naszego miasteczka, zostawiło po sobie. Odnoszę wrażenie, że mi do normy już niedaleko. Jednej mi tylko brak rzeczy: atmosfery domowej. Strasznie jej pragnę, ale z drugiej strony zdaje mi się, że jeszcze bardziej się jej obawiam. Bo przecież tyle jeszcze zostało do zrobienia w tym „śmiesznym” życiu. Zawsze interesowała mnie psychologia, gałąź nauki niezbyt w Polsce rozwinięta, więc obecnie wybieram się na studia i mam nadzieję, że w ciężkiej pracy znajdę to, czego już tak długo szukam: wyzwolenia się od rzeczywistości, bodajże chwilowego wyzwolenia... . Czy miałaś rację zazdroszcząc mi mojego losu? Wiesz, że nie wiem. Przez tych siedem lat żyliśmy w dwóch krańcowo różnych światach, tak że trudno byłoby znaleźć wspólny mianownik i wydać ocenę. Jeżeli dobrze pamiętam to nie kochałaś się w samotności i raczej lubiłaś towarzystwo. Czy bardzo jesteś zapracowana? Jak wynika
z treści listu i daty (6.X.46), to zdaje mi się, że jesteś zapracowana, bo i w niedzielę siedzisz
w biurze. Czy Twój pamiętnik ocalał z zawieruchy wojennej? Czy przybyło w nim kartek? Jego Lordowska Mość nie nosi już wąsów, choćby dlatego, że lordowie są raczej gładko wygoleni,
a w podeszłym wieku noszą „faworyty”, chciałem powiedzieć bokobrody. Wąsy owszem miałem, ale zostawiłem je na statku, na pełnym morzu, gdy w 1942 r. przekraczałem równik. Czy się zmieniłem? Raczej nie, bo gdy się spotkałem po x-latach niewidzenia z „mymi” braćmi (wybacz mi styl staro-testamentowy) to oni zgodnie orzekli, że ząb czasu nie naruszył mnie. Wprawdzie 28 lat już mi minęło, ale zgodnie z powiedzeniem angielskim, że człowiek ma tyle lat na ile się czuje, wcale nie odczuwam swego podeszłego wieku. Ale, jeżeli się zmieniłem, to chyba na tylko wyłącznie na gorsze. Byłbym Ci bardzo wdzięczny, gdybyś mi przysłała moje zdjęcie (Twoje zabrali mi 28.IV.1940) z tym, że jeżeli je chcesz spowrotem, to Ci je zwrócę. Nic mi nie zostało z tamtych lat, gdy to zdjęcie było robione. Nawet skóra od tego czasu zeszła mi chyba z dziesięć razy. Kaziu, już raz w moim życiu „wyłudziłem” od Ciebie Twoje zdjęcie, zobaczę, czy tym razem sztuka mi się uda. Więc - czekam i wydzierać będę płatki kwiatu, licząc...uda się, nie uda się itd. A kwiatów w Anglii jest wciąż wśród, więc przypuszczam, że z wprawy z wydzierania płatków nie wyjdę, do czasu usłyszenia od Ciebie. Napisz coś więcej o Sobie, bo ja zdaje się, że odpowiedziałem Ci na Twoje pytania. Jeżeli możesz, to proszę Cię napisz mi w jakich okolicznościach zginął śp. Ojciec.
Kończę tę epistołę, zasyłając moc pozdrowień z życzeniem polepszenia samopoczucia - Czesław".
Teraz już nastąpiła całkowita reorientacja w moim „bytowaniu”: na bok Anglia i wszystko, co
z nią związane, a cała para na kraj: bieganie za paczkami do kraju, prowadzenie korespondencji wyłącznie ze swoimi w kraju.
Kiedy dnia 11-go listopada 1946 r. zajmowaliśmy swoje „bojowe” miejsca w lancasterze, oznaczonym literą „W”, nie wiedzieliśmy, że miał to być nasz ostatni lot w Dywizjonie 300. Jakby już nie starczyło ochoty na baraszkowanie w podniebnej przestrzeni, bo lot trwał jedynie 19 minut, czyli tyle by wystartować, zrobić rundkę nad pobliskimi znajomymi pubami i siąść nieromantycznie, nie na murawie a na betonie.
Dnia 15.XI.1946 otrzymałem telegram od Zbyszka o przyjeździe Manka z Włoch a już 23 listopada byłem u Manka w Charlton Park Camp near Malmesbury, Wilts. W ten sposób czterech Blicharskich znów razem. postanowiliśmy zjechać się u niego na wspólną wigilię, by podjąć decyzję: co robić dalej?
Z domu nieprzerwanie płynęły do nas listy, a do kraju pomoc w postaci paczek. Jednym słowem żyliśmy tylko, żeby nie używać wielkich słów, domem.
(Ze względu na to, że listy z roku 1946 i następnych wyblakły i zanosi się na to, że za rok lub dwa nie będzie można ich odczytać, postanowiłem przepisać je w tych wspomnieniach).
Pisze Kaziura dnia 3.XI.1946. Ceś! Jesteś bardzo dzielnym człowiekiem, jeżeli potrafiłeś pokonać w sobie taką obrzydliwą wadę, jak „piórowstręt”. Bardzo się cieszę z Twojego zwycięstwa i życzę wytrwania. Wczoraj przywiozła mi moja przyszła bratowa Twój list, który przyszedł w rekordowym wprost tempie - 7 dni. To przecież cudownie. Chcę Ci odpisać zaraz, a tu jak na złość coś mi się nie klei. Jestem trochę zmęczona i zaczynam dopiero rozmarzać się. Przed godziną wróciłam z Krakowa. Jechałam w obie strony (200 km) autem dość przewiewnym, a dziś pogoda „pod zdechłym Azorkiem”. Kapie od samego rana i wiatr
obrzydliwy. Tu na Śląsku jesienne deszczowe dni są specjalnie przykre. Wszędzie przeraźliwie szaro, mglisto, ponuro. Sterczą tylko kominy i szyby, snują się ciężkie dymy. Gdy jest wiatr na dworze, trudno patrzeć na świat. Zasypuje Ci oczy pyłem węglowym i czy chcesz, czy nie - musisz mieś oczęta interesująco podkreślone czarnymi obwódkami. Paskudnie jest tutaj. Słońce prawie zawsze zadymione, a śnieg okopcony nawet Cię nigdy w oczy nie razi... To nie Podole! Ceśku! Ja wcale nie pisałam, że nie ma nic złego, coby na gorsze nie wyszło. Bardzo Cię proszę nie przekręcaj moich myśli. Ty sobie nawet nie wyobrażasz, jak bardzo się cieszę, że mogę znowu z Tobą rozmawiać, chociażby tylko na „papiórku”. Wspominasz ostatni Twój list. Tak. Sprawił mi bardzo dużo przykrości, ale też natchnął mnie jakąś dziką i wprost śmieszną na tamte czasy, nadzieją. Niestety, nie udało się mi go zachować. Zabrano mi go razem z niektórymi dokumentami w czasie rewizji. Później po odzyskaniu spaliłam wszystko. Taki los spotkał również i mój dzienniczek. kartek przybyło w nim mnóstwo, bo i zdarzeń było wiele. Trudno. To, co człowiek przeżywa jest jego wyłączną własnością. Najlepiej się jej strzeże, gdy się ją nosi w sobie. Stamtąd żaden zbój ani złodziej niczego wydrzeć nie może. Przestałam więc pisać dzienniczek, a swoje przeżycia i wrażenia chowam w pamięci. Piszesz Ceśku, że spełniły się Twoje marzenia, a raczej dopiąłeś Swego celu. Ceś! jesteś wobec tego jednym z najszczęśliwszych ludzi na świecie. W ten sposób może o sobie powiedzieć chyba jeden na sto tysięcy. Wiesz, nie wiem, co bym dała za to, aby chociaż raz jeden w życiu móc całkowicie dopiąć celu. Prześladuje mnie od kilku lat paskudny pech. Ale ponieważ nie ma złego coby na dobre nie wyszło więc może i moje „oj” zmieni się na „ach”. Nie tracę nadziei, chociaż powiadają, że nadzieja jest matką „ludzi uprzywilejowanych dzisiaj”. Moim fatalnym dniem w roku jest 2.VIII (poznaliśmy się tego dnia, Ceś! pamiętasz?). W tym właśnie dniu 1941 r. o godz. 1-szej w nocy zginął Twój śp. Ojciec. Zginął w katastrofie kolejowej pod Maksymówką w czasie pełnienia służby. Ponieważ jechał na pomoście przedostatniego wagonu, w czasie zderzenia się dwóch pociągów, został zgnieciony przez wozy i dziwnym jakimś sposobem, zawieszony między nimi. Śmierć nastąpiła natychmiast wskutek złamania żeber, nóg i rany czaszki. Rano przywieziono go do kostnicy szpitalnej skąd odbył się pogrzeb. Cios to był okropny dla wszystkich, bo śp. Staruszek, jak wszyscy nazywaliśmy Go był serdecznie przez wszystkich lubiany i szanowany. U mnie w domu był prawie codziennym miłym gościem, toteż stratę, zarówno Twoja jak i moja rodzina odczuły bardzo boleśnie. Byłam w obawie o Twoją Matkę i Danuśkę, które popadły w jakąś dziwną apatię i odrętwienie, zwłaszcza Matka. Nie płakała, ale potrafiła całymi godzinami siedzieć bez ruchu i wpatrywać się w cmentarz, widoczny przez okno. Natychmiast po wypadku przeniosły się do nas, gdzie mieszkały przez kilka tygodni, zanim się nie uspokoiły. Później znalazło się mieszkanie tuż w sąsiedztwie, dokąd przeprowadziły się i mieszkały aż do działań wojennych. Cesiu! opisałam Ci tę historię tak, jak ona w rzeczywistości wyglądała, bez żadnych zatajeń, czy dodatków. Sądziłam, że wiedziałeś już o tym nieszczęściu. Czy nie korespondujesz z nikim
z rodziny? Od tego czasu co roku w tym samym dniu przeżywamy jakąś tragedię. W tym roku byłam już jedną nogą na drugim świecie. Udało mi się jednak jakoś cało wybrnąć z sytuacji. Chorowałam dość poważnie. Myślę, że to już był mój ostatni pech. Następny 2.VIII może uśmiechnąć się do mnie. Jeśli chodzi o Twoje zdjęcie Ceś, to mam ich kilka (wyszabrowałam od Danki). Nie chciałabym się z nimi rozstawać, ale ponieważ czasem mam dobre odruchy (jak sam to swego czasu nazwałeś) więc posyłam Ci dwa. Jedno z nich jest zrobione podczas ostatnich przedwojennych wakacji i możesz je zatrzymać, ale za to nie pokażę Ci tej fotografii, którą Ty sam mi dałeś. Muszę ją mieć! Wiesz Cesidło, jestem trochę zabobonna. Nie boję się wprawdzie kota, który przebiega mi drogę, ale za to wierzę, że przedmioty które stale noszę przy sobie, przynoszą mi szczęście. Twój „obrazek” (tak nazywają na Śląsku fotografie) jest jednym z talizmanów. Myślę, że nie zechcesz mi go odebrać? Żałuję bardzo, że nie jesteś tutaj blisko. Dostałbyś porządną burę za zniszczenie kwiatów. Nie wiem czy sprawiło by Ci przyjemność wyrywanie po jednym Twoim włosku i liczenie „tak” „nie”. Żal mi okropnie tych „kwiotków” tym bardziej, że tak mało ich tu widzę, więc dla ich ocalenia obiecuję Ci dać swoje „ja”. Wyślę je jednak następnym listem razem z Twoimi zdjęciami, bo muszę najpierw przywieźć je z Bytomia. Spodziewam się, że Ty Ceś zechcesz mnie wyprzedzić i wcześniej przyślesz mi Twoją podobiznę. Strasznie jestem ciekawa jak Ty wyglądasz. Właściwie należałoby pogratulować Ci dyplomu i tytułu magistra. Jestem jednak zdania, że gratuluje się tylko temu, kto oprócz szczęścia nie posiada niczego więcej, żadnych zalet. A Ty Cesiu szczęściarzem zdaje mi się nie jesteś z urodzenia. Swoje szczęście zdobywasz pracą. Wobec tego mogę Ci tylko życzyć, aby i w przyszłości praca Twoja i wysiłek dały odpowiednie wyniki i nie szły na marne. Pisz do mnie Cesidło, czekam niecierpliwie. Pa! Kazika.”
Przyszedł koniec roku 1946. Był to ostatni dzień mojej kadencji. postanowiłem skończyć na tej jednej. Udowodniłem sobie, że mnie stać zrobić coś porządnego bezinteresownie i zadbać o kilkuset ludzi w dość niecodziennych warunkach.
Dnia 2-go stycznia 1947 r. zapakowałem swoje „lary i penaty” i wyjechałem so Skipton on Swale, naszego nowego miejsca postoju. Samoloty zostały za nami, a przed nami nieznane dla nas jutro, za to dobrze znane politykom, o czym mieliśmy się już wkrótce przekonać.



Dnia 9-tego stycznia 1947 roku rozdali Anglicy między nas deklaracje wstąpienia na dwa lata do Polish Resettlement Corps, a właściwie, w przypadku nas lotników inaczej trochę traktowanych aniżeli nasza armia, była to zgoda na dwuletnią służbę zawodową w RAF-ie. Jeden z punktów mówił: „....jeżeli stan zdrowia na to pozwoli będziesz wykonywał służbę w powietrzu na każdym typie samolotu... ” Z tego punktu udało się skorzystać naszym pilotom myśliwskim, którzy po pewnym czasie zostali wcieleni w szeregi RAF-u, co oznaczało zdjęcie orzełka i naszywki „Poland” na ramieniu. Oczywiście nie obyło się bez dyskusji. Nie podpisali takiej deklaracji ci, którzy byli zdecydowani na powrót do kraju. Tych nielicznych zabrano do bazy utworzonej specjalnie gdzieś na południu Anglii. Z chwilą ich wyjazdu, straciliśmy kontakt z nimi. W niektórych przypadkach podnosiłem wysoko brwi w zdziwieniu, ponieważ wyjeżdżali nasi koledzy, których bym nigdy o to nie posądził. Z naszej paczki, która trzymała ze sobą od Rosji, najbardziej zdziwiły mnie decyzje Portalskiego i Stasia Krzemińskiego. Portalski trafił do swego krewnego płk. Kuropieski, który był w „lubelskiej” misji wojskowej, operującej w Anglii, a Stasio tłumaczył się tym, że nie dostał się w Anglii na medycynę i nie widzi przyszłości dla siebie na emigracji. Rozstawaliśmy się trochę rozczarowani, trochę z żalem... . A my tymczasem dostaliśmy się w tryby machiny biurokratycznej, która miała przerobić 12 000 lotników polskich. Dnia 8-go lutego 1947r. wysłali nas na badania lekarskie do RAF Station South Cerney. Po powrocie stamtąd rozmieszczeni w zdezelowanych przez Kanadyjczyków barakach do ogrzewania których brakło węgla, siedzieliśmy nic nie robiąc. Pojechałem do Ripon, uroczego miasteczka w Yorkshire i... kupiłem sobie radio. W South Cerney trzymali nas przez trzy dni. Przeprowadzali selekcję z myślą o przyszłych przydziałach. Okazało się, że do RAF-u nas nie potrzebują w charakterze personelu latającego.
Na jednej z narad rodzinnych wszyscy oprócz mnie optowali za wyjazdem z Anglii do Argentyny. Żaden z tej trójki nie mógł przyzwyczaić się do Anglii. Najwięcej argumentów za Argentyną wysuwał Manek, któremu Anglicy nie pozwolili ściągnąć do Anglii jego narzeczonej Włoszki z Wenecji. Akuratnie w tym czasie Argentyna zgłosiła chęć przyjęcia około 100 000 emigrantów polskich, chyba pod wpływem papieża. Również Australia wyraziła chęć przyjęcia u siebie polskich żołnierzy, ale tylko z Brygady Karpackiej, która walczyła obok Australijczyków pod Tobrukiem. Ja skłaniałem się do pozostania w Anglii, bo na wypadek wojny tu najbliżej pod broń, dalej znajomość języka i stosunków w Anglii dawały nadzieję na przeżycie tych kilku lat, dzielących nas od wybuchu dalszego ciągu wojny światowej. Pod zmasowanym natarciem braci wyciągających sztandar solidarności braterskiej „w kupie weselej”, dałem się zgwałcić.
Na prima aprilis 1947 r. zrobili mi kawał i wysłali mnie do Nethertown, Cumberland. Z ciekawością tam jechałem, bo nie znałem tego zakątka północno-zachodniej Anglii przytykającego do słynnego Lake District. Maleńka stacyjka kolejowa, jeszcze mniejsza stacja lotnicza, gdzie stacjonował RAF Regiment. Nie bardzo wiedziałem, co tu będę robił. Zgłosiłem się u dowódcy stacji, który nie wiele myśląc, wsadził mnie do... księgowości. Z czasem zorientowałem się, że jestem solą w oku starym wyjadaczom rafoskim, którzy nie mogli strawić moich poborów, 28-letniego chorążego personelu latającego, bo te prawa zachowaliśmy, podczas gdy oni mieli wiele lat służby za sobą. Zaprzyjaźniłem się z Irlandczykiem i udawałem, że pracuję. Tu złapał mnie list od Kaziki, który wędrował za mną ze Skipton on Swale. Parę zdań wcześniej wyrażałem opinię, że ze względu na zanikanie pisma atramentowego na naszych listach z przed 50-ciu lat, będę przepisywał wszystkie. Teraz już tak nie myślę, bo tych listów nazbierało się za 10 lat korespondencji (1946-1956) tak dużo, że w nich utopiłbym moje wspomnienia, ale muszę przytoczyć coś niecoś z listu Kaziki z 10 marca 1947 r., choćby tylko dlatego, że był... niecodzienny. Otóż on: „Czesławie! (Już ta oficjalna „inwokacja” powinna mnie zdziwić). Sama nie wiem, czy powinnam teraz pisać do Ciebie, ale ponieważ nie znoszę głupich niejasnych historii i sytuacji, więc podzielę się z Tobą wrażeniami, chociaż nie są one zbyt smaczne i miłe. Przed południem otrzymałam list od Danki (pisał go nie wiem kto, ale napewno nie ona sama), w którym udziela mi rad, wskazówek, wyraża zdziwienie, wyjaśnia swój stosunek do mnie, wreszcie zaznacza, że ten list ma mnie upokorzyć. Ten nagły zwrot, nie wiem czemu mam przypisać. Skutek listu wręcz przeciwny aniżeli był spodziewany. Zamiast upokorzenia czuję tylko najgłębszą odrazę i oburzenie. Wiem, że można być złym i niesprawiedliwym, ale to jest czymś więcej. Nie wiem jakie jest Twoje zdanie o mnie.
Czy i Ty byłeś tak bardzo zdziwiony tym, że pierwsza napisałam do Ciebie? Prawdopodobnie według starych jeszcze zasad towarzyskich powinnam była czekać aż Ty sobie o mnie przypomnisz. Ponieważ jednak żyjemy w XX wieku i mamy jednakowe prawa, uważam, że pisząc pierwsza nie popełniłam żadnego skandalu. pobudki, jakie mną kierowały były i są zupełnie jasne i zrozumiałe. Przez cały czas Twojej nieobecności myślałam o tym, by Cię kiedyś spotkać. Myślałam o tym nawet wtedy, gdy miałam naprawdę dużo znajomych, przyjaciół, koleżanek i kolegów, z którymi nie tylko ja ale i siostra i brat byli w bardzo zażyłych stosunkach. O te właśnie przyjaźnie i zażyłości ma pretensje Twoja siostra. W pierwszym liście prosiłam Cię, abyś nie odpisywał mi, jeżeli z tego mogłyby wyniknąć dla Ciebie jakieś przykrości lub trudności. Zapewniłeś mnie, że nic podobnego nie zachodzi. Korespondujemy więc, ale nie sądzę, aby nasza znajomość miała dawniej czy obecnie pozbawiać Ciebie lub mnie dobrych znajomych, w których uczucia i sympatie i tak nie wierzę! Jak wynikało z listu napewno otrzymałeś lub otrzymasz „sprawozdanie o mojej działalności”. Proszę Cię bardzo o ile jesteś zainteresowany tą sprawą Cześku, to po informacje zwróć się do mnie, o ile nie, to. ... przejdź nad tym do porządku dziennego. I jeszcze jedno, w żadnym wypadku nie uważaj moich słów za skargę czy usprawiedliwienie. Traktuj je tylko jako zwykłą, szczerą wymianę myśli. Wybacz mi Ceśku zbyt ostry być może ton, ale jestem bardzo zdenerwowana. Podobny wypadek zdarzył mi się pierwszy raz w życiu. Dziwi mnie on i oburza...” „....piszesz... w każdym razie ja mam nadzieję, że już niedługo. Nie wiem jak mam to zrozumieć: czy że już niedługo bury do Ciebie nie będą przemawiały czy też już niedługo, a będziesz mógł je odebrać? Wyjaśnij to...” i na koniec w P.S. „Jeżeli możesz, napisz do mnie.” Ten list trafił do moich rąk w drugi dzień Świąt Wielkanocnych, a więc w... oblewany poniedziałek.
Pojawił się pierwszy kryzys w naszych stosunkach. Widocznie nie da się przeskoczyć bezboleśnie czasu i to niezbyt przyjaznego, kiedy wojna i pierwsze lata powojenne wywołały tyle zamieszania w porządku panującym do chwili wybuchu wojny. Poszedłem na długi spacer. W dole szumiało szmaragdowe Morze Irlandzkie a na dalekim horyzoncie wynurzająca się z niego Isle of Man. Gdzie to zaniosło Podolanina z jego problemami: Pozwoliłem upłynąć jeszcze jednemu dniu
i kiedy w barakach moich kolegów angielskich gasły światła, zasiadłem do pisania odpowiedzi: Nethertown 9.IV.1947 r. Jestem Ci bardzo wdzięczny za to, że pomimo stanu zdenerwowania
w jaki wprawił Cię list Danki, zdecydowałaś się odpowiedzieć mi... ja Ciebie bardzo dobrze rozumiem, ale zrozum też i drugą stronę. Może dlatego, że jestem w pozycji obserwatora... mam możność spojrzenia z pewnego dystansu... nie znam treści listu Danki, o którego istnieniu nic mi nie było wiadomym. Pisała mi wprawdzie, że otrzymała list od Ciebie („bardzo miły” tak go określiła) i że miała Ci odpowiedzieć... .należy Ci się parę słów wyjaśnienia z mojej strony... ..chociaż wolałbym przejść nad tym incydentem do porządku dziennego... . w listach do mnie Danka nigdy nie wyrażała się niechętnie o Tobie, chociaż wyczuwałem, że coś tam było nie odpowiedniego... dlatego nie spieszyłem z podaniem Tobie jej adresu... znając Was Obie, zdawałem sobie sprawę, że... ..różnice w pojmowaniu pewnych zagadnień życiowych muszą kiedyś przybrać ostrzejszą formę, no i stało się... ..żeś Ty mnie poszukiwała, nic w tym nie było „nie normalnego”... wdzięczny Ci byłem za to, że wierzyłaś, że ja jeszcze wciąż chodzę po tym świecie. Ja Ciebie nie poszukiwałem, chociaż pilnie studiowałem wszelkie spisy różnego rodzaju uchodźców wojennych w różnych krajach, poprostu dlatego, że nie byłem pewny, czy to byłoby „zdrowe” dla Ciebie w tamtych czasach, a po drugie, skąd mogłem wiedzieć, że po upływie tylu lat, jeszcze będziesz mnie pamiętać? Nie zaprzeczysz chyba, że te lata minęły, nie wywierając żadnego wpływu na nas i że jesteśmy tymi samymi ludźmi, jakimi byliśmy w 1939 r.? Wiele się zmieniło i my też, a w jakim stopniu
i jak dalece, stwierdzić to będzie można jedynie wtedy, gdy się spotkamy. Nie wiem czy przy pomocy korespondencji można do tego dojść... .wcale nie byłem zdziwiony, gdy pierwsza dałaś znak życia, a co do starych konwencji życia towarzyskiego, to jestem pewny, że wiele z nich słusznie znalazło swe miejsce w lamusie... nigdy nie byłem dobry w zapamiętywaniu wierszy, ale gdzieś tam jeszcze plącze mi się w głowie mój ulubiony Asnyk grzmiący: „trzeba z żywymi iść, po życie sięgać nowe, a nie w uwiędłych laurów liść, z uporem stroić głowę...” musiałaś być bardzo dotknięta w swojej dumie, skoro napisałaś „ale nie sądzę aby nasza znajomość miała dawniej czy dziś pozbawiać Ciebie czy mnie dobrych znajomych, w których uczucia... .” czy mam zamiar wrócić?
Ależ-to nie ulega kwestii. Gdybym inaczej myślał, to już dawno urządziłbym się w Kanadzie czy tutaj, czy też gdziekolwiek na świecie, mając możliwości ku temu, ale nie chcę z nich korzystać... zagadnienie powrotu sprowadza się właściwie do jednego słowa: kiedy?... czuję się młodym
i chociaż cierpliwość nie należała dawniej do moich cnót, dziś ją znajduję w moim szczupłym ich inwentarzu... nie jestem pewny czy Ty mnie właściwie znasz...tak krótko byliśmy ze sobą... czy jeszcze pamiętasz o co to poszło, a właściwie Tobie, gdyśmy się poróżnili? Incydent miał miejsce gdzieś w okolicy ulicy Wertepnej, w którym miesiącu już nie pamiętam. Czy to czasem nie poszło o to, którą drogą wracać z randki do domu? Ty chciałaś jedną, a ja drugą i w rezultacie rozeszły się nasze drogi. potem były dni milczenia, a potem przeprosiny i wyjaśnienia... o! jeszcze jedna rzecz, zanim skończę, dotychczas nie otrzymałem od Danki żadnego „sprawozdania”. Napisałem jej, że mnie to nie interesuje, nie mam prawa zwracać się do Ciebie o informacje dotyczące Twojej przeszłości, prosić Cię o nie nie będę... P.S. Może to głupie pytanie, ale Twoja szczera odpowiedź może mi wiele pomóc: kogo Ty kochasz? (Jeżeli oczywiście kogokolwiek kochasz) Gdybyś uważała, że tym pytaniem włażę z butami do Twojej duszy, to pomiń je milczeniem”.
W Nethertown byłem jedynym Polakiem, co zapewniło mi... powodzenie na dansingach w okolicznych miasteczkach. Zaprzyjaźniony Irlandczyk Tom Saphrin, wyjątkowo nie katolik a protestant i do tego z Południowej Irlandii, widocznie już zaliczył wszystkie lokale w okolicy, bo wolał w week-endy siedzieć w baraku nad dobrą książką. Później się okazało, że jego wstrzemięźliwość miała źródło z sierżanckim żołdzie. Głupio mu było gdy ja stawiałem z pensji chorążego, a on nie mógł się rewanżować, bo musiał żonie posyłać pieniądze. Życie towarzyskie w naszej mesie ograniczało się do wlewania w siebie nie kończącej się kolejki kuflów cienkiego piwa i pijackich rozmowach wciąż na ten sam temat, co mnie wcale nie pociągało. W deszczowe dni, a tych nie brakowało, zamykałem się w swoim pokoiku i słuchałem radia. Czasem na służbowym rowerze pędziłem do pobliskiego Egremont, gdzie byłem zapraszany przez irlandzką, katolicką rodzinę Billa Morgana na „tea”. Żeby nie obciążać ich skromnych przydziałów (wciąż jeszcze trwał system kartkowy) odwiedzałem, oczywiście na zaproszenie, inną rodzinę Arthura Doyle.
Do pobliskiego Whitehaven w dzikim Cumberlandzie trafił „Ballet Rambert”, budząc sensację
w śpiącym miasteczku. Od nas nikt się nie wybierał tak, że byłem jedynym przedstawicielem stacji lotniczej w Nethertown na występie tego baletu. Program nie był najgorszy skoro tańczyli takie utwory jak „Les Sylphides”, „Simple Symphony”, „Les Mesques” i „Peter and Wolf”. Na drugi dzień w biurze próbowali mnie naciągać koledzy-Anglicy, że jestem „highbrow”. W tym gronie zawodowych żołnierzy nie był to komplement. Mijał już prawie miesiąc mojego pobytu tutaj, gdy 23 kwietnia 1947 r. kilku z nas zgłosiło się na apel prowincjonalnego szpitala w Whitehaven, by oddać trochę krwi. Zabieg przeprowadzał lekarz-Hindus, z którym, gdy zorientował się, że jestem Polakiem, pośmialiśmy się, że nie ma końca „wylewania krwi za Anglików”.
Z niecierpliwością czekałem na odpowiedź na mój list do Kazi. Tak się złożyło, że pisała dn. 28.IV.1947 r. w 7-mą rocznicę mego uwięzienia. Nie pamiętam dzisiaj (1.V.1995 r.) co w nim było, bo pozostał w Argentynie. Musiało coś tam być takiego, że obawiałem się wziąć go ze sobą, gdy wyjeżdżałem do Polski w 1956 r., żeby, w razie kontroli, nie „skompromitować” Kazi. Widocznie w swym liście m.in. wspomniała coś o tęsknocie za Podolem, bo w moim liście z 7 maja 1947 r. ten temat zajmuje poczesne miejsce: „Ja Cię dobrze rozumiem, bo sam tęsknię za nim i za resztą Polski. Nigdy przedtem nie myślałem, że tęsknota może być tak silnym uczuciem i zarazem niebezpiecznym. Jak wiele potrzeba wysiłku, by ją przezwyciężyć to ten zrozumie, kto tylko myślą może wędrować w rodzinne strony. Rwie się dusza z powrotem do domu, do pracy wśród swoich, do swego wreszcie kąta, gdzie obcym czuć się nie będzie. I dziwna rzecz, że dobroć ludzka obcych wydawałoby się mieszkańców Wyspy, pogłębia to uczucie tęsknoty do tego stopnia, że krzywdzę ich stronieniem od nich i ich domów, szeroko i gościnnie otwartych dla mnie.
Czy Ty Kaziu przeżywałaś kiedyś coś podobnego, gdy przechodząc wieczorem obok oświetlonego domku, zajrzysz do środka i widzisz przy kominku siedzącą rodzinę, na widok czego coś się w Tobie rwie i burzy do tego stopnia, że szybko odwracasz głowę i jeszcze szybciej chcesz zniknąć w ciemnościach? I żeby nie wiem jak bardzo życzliwi i mili byli tu ludzie, to zawsze między mną a nimi znajdzie się choćby ta bardzo nawet przeźroczysta szyba, która mnie od nich oddziela, szyba bliżej nieokreślonych uczuć, które mnie związały z daleką Ziemią... .”
Trwa korespondencja z braćmi. Przenoszą ich z obozu do obozu, bo przygotowują ich do ostatecznej demobilizacji. Manka przenieśli do Devonshire. Za daleko by wyskoczyć do niego w czasie weekendu. Wreszcie widocznie znudziło się dowódcy mojej stacji lotniczej płacić mi za ewidentne nieróbstwo, bo pocóż dnia 16 lipca 1947 r. wysłali mnie do RAF AA Gunnery School w Watchet w pięknym hrabstwie Somerset? Co ja mam wspólnego z obroną przeciwlotniczą? Chyba nas biorą na przeczekanie i wymęczenie, żebyśmy sami zaczęli szukać sobie miejsca w życiu cywilnym. A tymczasem urządziłem się w Watchet, niewielkiej mieścinie z maleńkim portem nad Kanałem Bristolskim. Tutaj spotkałem się z drugim Polakiem F/S Dziedzicem, „uzbrojonym” w potężny motocykl, dzięki któremu zaczęliśmy penetrować bliższą i dalszą okolicę. Lato sprzyjało wypadom, chociaż były trudności z paliwem, wciąż racjonowanym. Tutaj dogoniła mnie pocztówka od Ignasia Człowiekowskiego, który był zaskoczony, że ja nie pojechałem do „lasu”, do kraju o czym rozmawialiśmy zaraz po jego przyjeździe do Londynu, gdy go odwiedziłem po spotkaniu jego z jego narzeczoną, przybyłą z Palestyny. Pisze, że załatwia formalności związane z emigracją do Południowej Ameryki.
Moje imieniny w tym roku postanowiłem spędzić u Manka, którego niedawno przenieśli na nowe „m.p.” w Holne Park. Nie wiem czy można uznać za prezent imieninowy list od Stachy Augustyniak z Jeleniej Góry, który Manek dał mi do przeczytania? Miał go od kwietnia, ale dopiero teraz zdecydował się dać mi. Przebiegam szybko wzrokiem czytelne pismo Stachy, która dziękuje za przysłaną paczkę z penicyliną i ubraniem dla Mieczka, wyraża swoje obawy co do przyszłości Ziem Odzyskanych („...bo my tak jakby na wylocie... ”) i wreszcie... co z Cesiem, dlaczego tak się zaniedbuje w pisaniu, czy można wiedzieć o powodzie? A może uraziliśmy czymś? Czy to Kazia Michalik tak Go martwi? Co przeszła w czasie oblężenia Tarnopola dla czystszych pobudek, to jeżeli chodzi o mnie, wolałabym śmierć aniżeli taką hańbę. To wszystkiemu winien wujek Józek. Jak wrócicie to się porachujecie z nim za siebie i za nią. Och! jakie to życie zawiłe... .o tych przejściach frontowych opowiadała mi jedna znajoma, która z Kazią siedziała w piwnicy. Tak myślę, że są winy do wybaczenia i jeszcze w takim wypadku jak mają tło szlachetne. Trudno mi o tym dziś pisać, może się domyślisz, a może przy okazji dam Ci lepiej do zrozumienia...” Pytania Manka uprzedziłem swoim pytaniem: Kto to jest Stacha, bo ja jej nie znałem. Manek wyjaśnił mi, że Stacha Sediaha, wtedy narzeczona jego przyjaciela Mietka Augustyniaka, będąc pielęgniarką w szpitalu w czasie pierwszej okupacji sowieckiej w Tarnopolu, opiekowała się naszą mamą po operacji,a potem zaprzyjaźniła się z naszymi rodzicami i Danką. Na tym skończyła się nasza rozmowa na ten temat. Nie należę do ludzi, którzy dyskutują o swoich problemach tak intymnych jak ten, nawet z braćmi. W drodze powrotnej, w pociągu mknącym do Watchet, starałem się przemyśleć to, o czym dowiedziałem się. Przypomniałem sobie relacje o zachowaniu się żołnierzy sowieckich na zdobytych terenach, na co nałożyły się słowa listu Kazi po nieporozumieniu z Danką:. ..”jak wynikało z listu Danki na pewno otrzymałeś „sprawozdanie o mojej działalności”. Proszę Cię bardzo o ile jesteś zainteresowany tą sprawą, to po informacje zwróć się do mnie... ” Już wtedy brałem pod uwagę najgorsze, co mogło się jej wydarzyć w czasie oblężenia miasta od „bojców”, którzy nie przepuszczali nawet babkom 80-letnim. Nie mogłem jej obciążać winą niezawinioną i nie miałem zamiaru wycofywać się. W tym duchu nie wchodząc w szczegóły, odpisałem wtedy, że „nie mam prawa zwracać się do Ciebie o informacje dotyczące Twojej przeszłości, prosić Cię o nie, nie będę... ”
W stukot kół pociągu wtapiały się moje nieświadomie powtarzane półgłosem słowa: „nie będę... nie będę... nie będę..” Znacznie łatwiej było kiedyś napisać „nie mam prawa pytać i pogodzić się z losem, kiedy to były tylko obawy i przypuszczenia, aniżeli teraz po liście z kraju, przytaczającym fakt. Trudniej, ale trzeba z tym żyć. Szkoda, że nie dowiedziałem się tego od Kazi, chociaż rozumiem jej sytuację.
Wybiegając do przodu w lata 50-te, sprawa wyjaśniła się:W czasie walk o Tarnopol (Festung Tarnopol) 4.IV.1944 do piwnicy, w której kryło się kilka rodzin (19 osób) przy ul. Kołłątaja m.in. koledzy jej brata z konspiracji, wrzucono granat. Od odłamków zginęła młodsza siostra Kaziury. Po chwili wpadli sowieci na rewizję. Z miejsca aresztowali Kaziurę. W jej torbie znaleziono pistolet odebrany przez nią dla? ?? kryjących się od najmłodszego z konspirantów. Wszystkich mężczyzn znajdujących się w piwnicy i z następnych, zabrano na komendę, w tym brata i ojca. Aresztowaną Kaziurę trzymano w ziemiance - piwnicy przy ul. Gajowej 4, przy komendzie NKWD.
Po kilku przesłuchaniach wypuszczono ją do domu dzięki jednemu z oficerów Komendy miasta, przyznającemu się do tego, że jego matka też jest Polką.
Dnia 1-go sierpnia 1947 r. Manek zamówił mszę św. za spokój duszy naszego ojca. Pojechałem do Holme Park near Ashbutron, gdzie kapelan dawnego pułku Manka odprawił mszę św. w szóstą rocznicę śmierci ojca. Zdecydowaliśmy się emigrować do Argentyny. Uległem prośbom trzech braci, z których każdy miał powody, skłaniajjące ich do opuszczenia Anglii. Ważkim powodem dla Manka była odmowa Anglików na pozwolenie osiedlenia się w Anglii jego narzeczonej Włoszki, Giny de Rosa. Skompletowałem dokumentację i wystąpiłem o wizę do Argentyny. Przede mną dylemat: Jak napisać do mamy i Kazi o chęci opuszczenia Wyspy i udaniu się na drugą półkulę, co oznacza oddalanie się od Polski?
Na moje usilne prośby, wreszcie Danka opisała mi okoliczności śmierci ojca w obszernym, jak na nią, liście, który dotarł do mnie w końcu września 1947 r.: "...jak pamiętasz Matuś leżała wtedy
w szpitalu, ojciec pracował. Dnia 13.IV.1940 r. przewieźliśmy Matulę ze szpitala do domu. Matula bardzo przeżywała tę pustkę,, która objęła nasz dom po Waszym wyjeździe. Po powrocie ze szpitala leżała jeszcze cały miesiąc. Ja po skończonej pracy domowej siadałam na kanapie, na której ona leżała i modliłyśmy się za Was. Tak mijał dzień za dniem aż przyszedł ten, w którym kazali nam opuścić mieszkanie. Zamieszkaliśmy przy ulicy Wertepnej w domu Staszka Sikory. Ojciec
w roli emeryta nie czuł się dobrze, ale trzeba było pogodzić się z tym. Mieszkaliśmy wtedy wspólnie, bo mieszkań nie było. Całe szczęście, był przy domu ogród, więc ojciec bawił się
w ogrodnika, no a jak wyczerpał się „kapitał”, to bawił się w handlarza. Tak przeszły: lato, jesień, zima... Przyszła wiosna, a z nią nadzieja. Lato z początku było przykre, bo dużo ludzi „wyjeżdżało” i zdawało się, że i my będziemy musieli to zrobić. Wprawdzie spakowani dosłowni to my nie byliśmy. Wtedy to ogień zjadł mój pamiętnik, który był przepojony tęsknotą za wolnością i za Wami Bracia. Przyszedł huragan wojny (niemiecko-rosyjskiej), który szybko przeleciał przez miasto i zostaliśmy na miejscu. Lecz czy nie byłoby lepiej, gdybyśmy wtedy „wyjechali”? Tak tylko dziś się mówi, bo co można przewidzieć i kto może uciec przed przeznaczeniem? W lipcu 1941 r. ojciec zaczął pracować na kolei. Zgolił brodę, bo mogliby go wziąć za Żyda. Jednak nie było mu przeznaczone długo pracować. Jeździł wtedy na Podwołoczyska i zrobił dwie tury. Gdy wrócił z ostatniej był bardzo zmęczony i położył się spać. Około południa wstał i poszedł z mamą do miasta na zakupy, bo dostał pieniądze, za które można było coś kupić. Tak, to był pierwszy spacer matki po chorobie a ojca ostatni. Jeszcze dobrze nie odpoczęli po przyjściu z miasta, a już przyszedł awizor z zawiadomieniem, że ojciec ma jechać. Tak się ojcu nie chciało jechać, lecz mus to wielki pan! Zjadł obiad, a Matuś spakowała mu torbę a ja go odprowadziłam. Po drodze spotkaliśmy Kazkę Michalik i z nią odprowadziłam ojca do „sztreki”. Stałam jeszcze chwilę i patrzyłam jak wspinał się na „sztrekę”, jak szedł po torach i jak znikł za wagonami. Pomyśl, że człowiek nie mógł przewidzieć, że już więcej ojca nie zobaczę! Tak, Braciszku nie ma ojca, który tak się dla nas poświęcał, tak tęsknił, tak bolał nad Waszą dolą, lecz zszedł ze świata z pewną nadzieją, że Wy już jesteście wolni. Było to 1-go sierpnia 1941 r. W sobotę rano wyszłam do sklepu i wstąpiłam do kościoła. Modliłam się za Was i za ojca, spływała na mnie jakaś dziwna pustka. Tak, Ojciec już wtedy nie żył. Do domu przyszedł ten sam awizor. Przyniósł rozdartą torbę ojca
i nic nam wtedy nie powiedział. Sąsiadom powiedział. Matka przeczuwała, że coś się stało złego. Ja szybko ubrałam się i pobiegłam na stację. Dogonił mnie sąsiad i powiedział, że ojciec zabity. Cios był tak straszny, że upadłam na ziemię. Lecz szybko odzyskałam siły i pobiegłam na stację kolejową, gdzie opowiedziano mi wszystko. Wróciłam do domu, a matka siedziała i czekała, co ja powiem. Cóż mogłam powiedzieć?, jak tylko to, że nie mamy ojca. Uklękłam przy niej i prosiłam, by nie rozpaczała, bo ja będę się nią opiekowała i będę pracować ile mi tylko sił starczy. To, jakby przyrzeczenie złożyłam Ojcu na mogile. Pogrzebem zajęli się kolejarze, a nami zaopiekowała się Kazia Michalik i jej rodzice... ”
Dnia 29 października 1947 r. piszę do Kazi: „...pytasz się co u mnie nowego? Jest trochę nowości. W pierwszym rzędzie wiadomość natury ogólnej: przed ostatecznym powrotem do Domu, muszę „zahaczyć o Południową Amerykę, dokąd wybieram się na wiosnę. Odmówiłem wstąpienia na stałe do RAF-u, ponieważ jednym z warunków przyjęcia jest uzyskanie obywatelstwa angielskiego, a ściślej mówiąc, brytyjskiego. Wysoko cenię sobie tę propozycję, ale też, z drugiej strony, nie mam ochoty powiększać liczby „Anglików z Kołomyi”... w ostatnią sobotę odwiedziłem Manka... .wałęsając się po parku dworskim, ścieżkami wymoszczonymi liśćmi, w pewnej chwili, jakby jedną myślą tknięci, wypowiedzieliśmy, jakże już teraz sakramentalne słowa: „zupełnie jak w tarnopolskim parku, pamiętasz?” Każdy przedmiot drobny, nawet tak niewinny jak zwiędły liść, szeleszczący pod stopami, przywołuje wspomnienia z jakże dziś dalekiej przeszłości. Czasami wydaje mi się, że dla mnie teraźniejszość nie istnieje, jest tylko przeszłość, nieważnie dziś, że chmurna niekiedy była, była też górna, oraz przyszłość, którą chciałoby się widzieć już teraz, przybraną w szaty teraźniejszości. Jak ten nasz park tarnopolski teraz wygląda? Chyba tym ludziom, którzy teraz depczą jego ścieżki, jest tak samo obcy, jak dla mnie ten pięknie utrzymany z idealnie strzyżoną trawką „gdzieś w Anglii?... ” Po tym liście Kazie zamilkła na dwa miesiące. Dnia 18 listopada 1947 r. wysłałem opłatę za wizę argentyńską. W Londynie powstało stowarzyszenie „Samopomoc Polaków emigrujących do Argentyny przy Stowarzyszeniu Kombatantów”. Wzmaga się gorączka emigracyjna. Skąpe są informacje z kraju wyczytywane z polskiej prasy londyńskiej, a już całkiem nieobecne w naszej korespondencji z rodziną i Kazią.Coś tam można wyczytać między wierszami ale, narzucona sobie samocenzura z myślą, by nie szkodzić sobie i nie stracić kontaktu z zagranicą, sprawia, że listom czegoś brakuje, że nie są w pełni szczere. Nie wiemy, czy paczki, wysyłane niemal co tydzień, dochodzą w nienaruszonym stanie. Miałem się dowiedzieć dopiero po przyjeździe do kraju w 1956 r., że nawet kamień wkładano, by „zachować” wagę przesyłki, w miejsce trzewików. Dobrze, że nie wiedzieliśmy wtedy o tych kradzieżach, pozostawało złudzenie i wiara, że pomagamy potrzebującym. Jako wstęp do przygotowania się do wyjazdu z Anglii, zaryzykowałem wysyłkę moich angielskich książek do kraju. Przemyciłem również dwie książki polskie, a mianowicie „Dywizjon 303” i „L jak Lucy”, by Kazi przybliżyć ten rodzaj doświadczeń wojennych, jakie były moim udziałem.
Święta Bożego Narodzenia 1947 r. spędziłem w obozie Ontario, gdzie stacjonowały resztki pułku Wacka. Zjechaliśmy się do niego w komplecie: Manek, Zbyszek i ja. Po świętach przyszło
z Londynu zawiadomienie o ślubie Ignacego Człowiekowskiego z przedwojenną sympatią, która zaliczyła wywózkę do Kazachstanu”.
Gdy dziś przeglądam kruszące się kartki kalendarzyka za rok 1948 ze zdziwieniem konstatuję, że jedynymi informacjami godnymi wtedy zanotowania były: listy od Kazi i z domu oraz wysyłki paczek do kraju. Zmieniła się tylko ich zawartość uzależniona całkowicie od „notowań” na rynku krajowym: raz stawialiśmy na papierosy, mające popyt w kraju do tego stopnia, że traktowano je na równi z walutą, innym razem były to lekarstwa, to znów nylon ze spadochronów. Wysyłką zajmowały się ajencje powstające jak grzyby po deszczu w miarę jak rosło zapotrzebowanie na ich usługi, świadczone polskim żołnierzom, cierpiącym na swego rodzaju wyrzuty sumienia z powodu znalezienia się w lepszej sytuacji materialnej aniżeli ich rodziny w kraju.
Teraz przyszła kolej na moją dwumiesięczną przerwę w korespondencji z Kazią, skwitowaną jej listem z 6-go lutego 1948 r.: „Czy gniewasz się na mnie? Dlaczego mi nie odpisałeś?... uważam, że dwa miesiące gniewu wystarczy, chyba, że jesteś bardziej uparty... no to... daj się wypchać!”
Przy odpowiedzi na hasło „wypchaj się”, ujawniłem swój stosunek do. ... ..aliantów, pisząc: „..tym razem nie dam się jednak „wypchać”, bo to jest zbyteczne, jako-że zostałem już dawno wypchany, wraz z wielu innymi, przez naszych różnego rodzaju sprzymierzeńców. Zrobili to znacznie lepiej od tego, na jakie ja bym potrafił zdobyć się... ” Nadarzyła się sposobność „sprowokowania” Kazi do określenia swojego stanowiska, bo zbliżała się chwila wyjazdu do Argentyny, a tym samym mój powrót do kraju, jeżeli nie stawał się problematycznym to przymajmniej odsuwał się w czasie. Wykorzystałem ślub Człowiekowskiego i tak pisałem dnia 11 lutego 1948 r.: ”... pisałem Ci o zamiarze odwiedzenia przyjaciela, który ostatnio przyjechał z Włoch i zanim zdążyłem spotkać się
z nim, chłop... się ożenił! Dlaczego Ci o tym piszę? Cholernie ciekawa jest historia miłości tych dwojga przyjaciół (znałem ją w studenckich czasach). On uciekł w 1939 r. do Francji, odbył kampanię francuską, by wylądować w obozie dla internowanych w Szwajcarii. Tam mu się powiodło, zakończył studia ekonomiczne doktoratem. W tym czasie jego sympatia była na zesłaniu
w Kazachstanie. Nic o sobie nie wiedzieli. Z zakończeniem wojny dostał się do Francji, gdzie wszczął poszukiwania, uwieńczone odnalezieniem jej (korespondencyjnie) w Palestynie. Po ośmiu latach spotkali się w Londynie. W drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia wzięli ślub. Nie mogłem być na tej uroczystości,, pojechałem 31.I.1948 r. do Londynu, by ich odwiedzić. I tam poraz pierwszy od opuszczenia domu tak dobitnie zdałem sobie sprawę z działania upływu czasu (czas nie stał a płynął i to szybko). Zamiast wiecznie uśmiechniętej studentki z męską fryzurą, ujrzałem poważną kobietę z czupryną obficie przetykaną siwizną. (Ona jest w moim wieku, on o dwa lata starszy). Chociaż był to dla mnie wstrząs, kiedy z jej oczu spojrzało na mnie dziewięć lat, to jednak doświadczenie to miało raczej charakter kojący a nie buntowniczy, jak się tego spodziewałem. Nie całuję kobiet w rękę, ją ucałowałem i... znalazłem się w roku 1948. Dotychczas czas mój był zatrzymany na 1939 roku. Utwierdziła mnie w tym przekonaniu, stwierdzając, że ja się mocno postarzałem... ” Aluzja moja pozostała bez echa w jej odpowiedzi. Postawiłem następny krok: „Wydaje mi się, że my oboje znajdujemy się w niejasnej sytuacji (ja nazywam to niedomówieniem). Ty nazwałabyś to „dziką”. Może dlatego jest czegoś brak w naszych listach. Do tego wszystkiego zwalają się jeszcze kłopoty różnego rodzaju i ciężaru gatunkowego, o których też tylko powierzchownie mogę napomknąć. Nigdy Ci wyraźnie nie pisałem o mojej sytuacji, może dlatego, że ufałem, że Ty potrafisz ją sobie wyobrazić. Jakże wdzięczne pole do popisu dla grafomana: poświęcenie, samozaparcie (omalże zatwardzenie), rezygnacja ze szczęścia osobistego na rzecz sprawy wyższej. Słowa ociekające dawniej krwią serdeczną bojownika o lepsze jutro,a zaraz potem emigranta z własnego wyboru. Wspaniałe to, no nie? Jakże jednak prozaiczne, gdy przetłumaczone na godziny wyczekiwania, rozmowy ze samym sobą (czytaj: naigrywanie się ze siebie), planowanie, liczenie się z rzeczywistością itp. „Dzikie” położenie człowieka zawieszonego między dwoma kierunkami, z których zarówno jeden jak i drugi, z różnych powodów, są mu obce. Niewiele chyba, bez Delf zrozumiesz z tego majaczenia? Zaczynam już liczyć dni, gdy zdejmę ze siebie mój mundur i zacznę stawiać niepewne kroki na drodze życia cywilnego. Mam świetne przygotowanie do tego życia tak stechnokratyzowanego. Humanista! Wstępując w ślady naszych przedwojennych emigrantów tłoczących się pod biurami emigracyjnymi przy ul.Piłsudskiego po „szifkarty” do Worgantyny, trzeba będzie zaczynać od „podłogi hali fabrycznej” jak to mawiają moi jeszcze gospodarze, Anglicy. Lada dzień otrzymam wizę do Argentyny i popłynę do niej. Na jak długo? Może na bardzo krótko, a może na całe życie (tzn. do 35 roku życia). Czasami wydaje mi się, że nie zdążę wogóle wyjechać. Trudno w tej tak płynnej sytuacji powiedzieć coś pewnego w odniesieniu nawet do następnych trzech miesięcy. Jedziemy we czwórkę braci, tam dołączy do nas narzeczona Manka, Włoszka... Nie było to łatwo pogodzić się z myślą o nieuniknionej degradacji... trochę się człowiek szarpał ze sobą. Między: sprzedać się a łopatą na obczyźnie, nie ma wyboru. Zostaję przy łopacie i zabawię się w sienkiewiczowskiego „Latarnika”: rupiecie do worka i w drogę... odłóż swą dumę i miłość własną na chwilę i odpowiedz mi na pytania zawarte w liście, tak prosto z mostu... .”
„Smutne i przygnębiające wrażenie” odpisuje Kazia 6.III.1948 r.”zrobił na mnie Twój ostatni list. Chociaż jestem tak daleko i w zupełnie innych warunkach, to jednak zdaje mi się, że zupełnie dobrze rozumiem Ciebie i Twoje położenie. Niesłusznie posądziłeś mnie o brak zrozumienia... byłam prawie pewna, że w ten właśnie sposób uregulujesz swoje stosunki z Wyspą... Zdawało mi się, że już zupełnie stwardniałeś dla otoczenia. Z przyjemnością widzę, że tak nie jest. Równocześnie jednak sprawia mi to przykrość, bo nie chcę abyś cierpiał. Chciałabym, aby Ci tam było dobrze, abyś był zadowolony ze swego losu, nie tęsknił za niczym i do niczego. Czy pamiętasz Cesiu koniec marca 1940 r.? Wyjeżdżałeś z Tarnopola. Pożegnaliśmy się tam, niedaleko domu (róg ul. Chłodnej i Żwirki) z błogą nadzieją, że... spotkamy się w niebie! Nie wyobrażasz sobie, jak niemądrze czułam się po powrocie do domu. Miałam przez dłuższy czas takie dziwne wrażenie, że zawisłam gdzieś w powietrzu i nie tylko nie ma się o co oprzeć, ale nawet spojrzeć nie ma na co. Podobnego wrażenia doznałam i teraz po przeczytaniu Twego listu. Jestem okropnie zła o to na Ciebie, bo wcale nie chcę poddawać się przeczuleniom, nie chcę być słabą.. o ile pamiętam to dałam Ci odpowiedź na wszystkie Twoje pytania, z wyjątkiem jednego... nie myśl, że jestem tchórzem, z zasady nie lubię słów nadużywać... Masz rację, nazywając naszą sytuację niejasną. Poczuwam się trochę do winy za wytworzenie takiego właśnie stanu, bo postąpiłam lekkomyślnie, przypominając się po tylu latach... ponieważ muszę dzisiaj wypowiadać tak „prosto z mostu”, jak prosisz, więc zaproponuję Ci coś. O ile Ci Cesiu to odpowiada i czujesz, że potrafisz być ze mną szczery - to zostańmy przyjaciółmi... P.S. Tajemnicy dochowam i nie zdradzę Dance. Sądzę, że napiszesz jednak do domu o wyjeździe do Argentyny”.
Odkładałem ten list, mówiąc w duchu „bądź tu mądry i pisz wiersze”. Po paru dopiero dniach zebrałem się, by odpisać: „... wydajesz się nie dostrzegać (a może tylko udajesz?) pewnych rzeczy, a mianowicie, że są różne pojęcia „dobra” („chciałabym, aby Ci tam było dobrze”), że są tęsknoty, które człowiekowi zawsze i wszędzie będą towarzyszyć („abyś nie tęsknił za niczym i do niczego”), a których gdyby go pozbawiono, to czułby się jak dzwon obrabowany z serca („abyś był zadowolony”) Co jest wart dźwięk, gdy jest zaklęty w metal, z którego nie można go dobyć? Zastanawiam się nad tęsknotą... .jest taka za pewnymi ludźmi, czasami jest to czyjeś słowo, innym razem czyjeś niebieskie oczy, innym razem za lepszym życiem dla wszystkich, gdzie nie zbraknie zdrowego rozsądku i czystego celu dźwigającego umęczonego człowieka z błota, w którym on tak lubi babrać się... ..w owym naszym marcu tyle chciałem Ci powiedzieć, ale się nie kleiło i wierzę, że dobrze się stało. Normalnie, gdy rozstawaliśmy się, lubiałem odwrócić się by raz jeszcze spojrzeć za Twoją oddalającą się sylwetką. Lubiałem ten Twój charakterystyczny sposób „noszenia się”, Twój pośpiech w odchodzeniu. W ten wieczór nie obróciłem się, by nie widzieć Ciebie oddalającej się... cóż są warte uczucia, jeżeli się ich nie okazuje... nie wiem, co przyszłość dla nas chowa, jednego tylko chciałbym być pewny, żeśmy nie zmarnowali naszego dotychczasowego cennego „dorobku” przez brak odwagi w momencie krytycznym. „Jeżeli przyjdzie taka chwila, że ujrzysz w swym ogródku zwiędły kwiat” przypominają się słowa piosenki angielskiej „to nie staraj się utrzymywać go przy życiu sztucznie, wyrwij go i pozwól mu raz jeszcze zabłysnąć żywym płomieniem w ogniu... ” Do domu napiszę, ale to wymaga dłuższego przygotowania. Moje Matczysko jest chore, więc muszę być bardzo ostrożny, by wyjazdu z Anglii nie zrozumiała w niewłaściwy sposób. Im się wydaje, że droga powrotna do domu musi wieźć przez Anglię i jeżeli ktoś myśli inaczej, to zaczynają tracić nadzieję, że nas kiedykolwiek jeszcze w tym życiu zobaczą. A są pewne rzeczy, o których nie zawsze można pisać wyraźnie...”
Dnia 5-go kwietnia 1948 r. angielski król przypomniał sobie o mnie: wręczono mi rozkaz wyjazdu z Watchet celem „zwolnienia do przemysłu”. Zniecierpliwiony przemysł angielski musiał na mnie jeszcze trochę poczekać, a ja tymczasem wylądowałem na opuszczonym lotnisku we Framlingham near Woodbridge w hrabstwie Suffolk. Tam mnie jeszcze nie było. Gromadzono tutaj upartych, którzy chcieli wykorzystać do końca zawartą z Anglikami umowę o wstąpieniu do P.R.C. Dokładnie w miesiąc po przyjeździe, wezwano mnie do stawienia się przed mieszaną komisją rafowsko-labour-axchange, urzędującą w opuszczonej wieży kontrolnej, z której do niedawna kierowano lotami operacyjnymi na kontynent europejski. Miałem lekkie starcie z młodym oficerem RAF-u, który, pomimo przedstawienia przeze mnie dyplomu uniwersyteckiego, zaoferował mi pracę na roli lub w kopalni. Gdy mu na to odpowiedziałem „do You call it cricket”, co w potocznym języku oznaczało, czy mnie traktujesz „fair”, zawstydził się i zapytał skąd ja tak dobrze znam język angielski od strony idiomów? Do rejestru wpisał mi, że ma zamiar wyemigrować z Anglii i że poczyniłem już starania. W ten sposób uzyskałem jeszcze kilka miesięcy względnego spokoju, ku wyraźnemu niezadowoleniu cywila, urzędnika rządowego biura pośrednictwa pracy. Był to członek Labour Patry, która po dojściu do władzy, po przegraniu wyborów przez Churchilla, nie hamowała się w okazywaniu nam swych wrogich uczuć. Rząd Atlee-go zachowywał pozory przyzwoitości, ale na dole nie było naśladowców, bronili skarb brytyjski przed zakusami „nierobów” zagranicznych. Już nie „brave Poles” a „bloody foreigners”.
Trzeba było wystarać się o tzw. „Travel document”, zastępujący nam paszport bezpaństwowca, ograniczony tylko do wyjazdu z Anglii do kraju osiedlenia. Nie wszystkie państwa respektują taki dokument. Po dłuższej, znowu przerwie, pisze Kazia 26.VI.1948 r.: „...wolałabym, gdyby to oczywiście ode mnie zależało, abyś został w Anglii, bo stąd bliżej do domu. Okropnie chciałabym Ciebie zobaczyć, ale jeżeli wyjedziesz tak daleko, to prawie nie mam na to nadziei...”
Nawet nie zauważyłem, kiedy i jak rozpłynęła się nasza załoga szczęśliwego lancastera „E” for easy” (easy = łatwy). Dopiero gdy otrzymałem z Kanady list od naszego „drucika” Jana Krzewińskiego, uświadomiłem sobie, że teraz każdy dla siebie i za siebie. Gdy się rozglądałem wokół siebie nagle ujrzałem, że na odprawach porannych jest nas coraz mniej, w „beczkach śmiechu” coraz luźniej.
Do Manka przyjechała jego narzeczona z Włoch. Mieli zamiar pobrać się jeszcze w Anglii, ale
okazało się, że wywołałoby to wiele komplikacji prawnych, więc odłożyli to do Argentyny.
Kazi musiałem odpisać na jej pełen wątpliwości list: „prawie nie mam nadziei na zobaczenie się
z Tobą, gdy wyjedziesz do Argentyny... ” „Ja tam jadę, bo stamtąd jest pewniejsza droga powrotna. Nie mogę wyjaśnić Ci tego skąd inąd paradoksu: im dalej tym bliżej. Dużo jest takich rzeczy, o których nie mogę w obecnej sytuacji pisać, stąd czegoś brak naszej korespondencji. Wzgląd na Ciebie zamyka mi „buzię”. W Anglii wśród nerwowych Polaków szerzy się kompleks atomowy... ja nie mogę napisać, że Cię kocham, nie mam do tgo prawa w mojej sytuacji... czy ja mogę żądać od Ciebie byś na mnie czekała niewiadomo jak długo? A może ja nigdy nie będę mógł wrócić? A może gdy wrócę, okaże się, że nie jestem tym, którego oczekiwałaś? Co wtedy? A więc czy mam prawo stanąć Ci na drodze do urządzenia Sobie życia? Ja sobie postanowiłem: Ty albo żadna! ale jako mężczyźnie jest łatwiej podjąć taką decyzję i w niej wytrwać. Kobiecie jest trudniej... i stąd w Twoich rękach jest podjęcie ostatecznej decyzji... ”
Skrupulatni Anglicy wręczyli nam indywidualnie pisemka, datowane 3-go lipca 1948 r. (prezent urodzinowy): „Minęło około 18 miesięcy Twojej służby w P.R.C. (RAF) i umowa z Tobą wygasa automatycznie w miesiącu styczniu 1949 r... w czasie kilku miesięcy, które Ci jeszcze pozostały jest bardzo ważne dla Ciebie albo znaleźć sobie pracę w Anglii albo wyemigrować do kraju twego wyboru. Jeżeli nie skorzystasz z w/w, staniesz się bezrobotnym cudzoziemcem i wtedy ministerstwo pracy skieruje cię do jakiejkolwiek pracy bez względu na twoje pragnienia i nadzieje związane z przyszłością... nie możemy mocniej podkreślić, że teraz od ciebie zależy twoja przyszłość...”
Po Teheranie, Jałcie i Poczdam nic mnie już nie mogło zdziwić ani zaskoczyć od naszych już teraz „niegościnnych gospodarzy”. Jeszcze dostaniemy cywilne łachy i odprawę za lata służby w RAF-ie i... ”Farewell good old England”.
Wreszcie usłyszałem to, czego oczekiwałem, ale znów zabrzmiała wątpliwość „Twoje postanowienie Cesiu jest szczere, dodaje mi otuchy, tylko te lata... ..będę się starała utrzymać moją niezależność, ale czasem moment wystarczy, aby przepaść na zawsze... czasem tak trudno zapanować nad sobą... ..istnieją jeszcze kochający rodzice, zbyt dbali o los dzieci zwłaszcza córek, którzy potrafią przyczynić się do „zabezpieczenia” przyszłości swoim dzieciom, smutne ale prawdziwe.”
Dnia 24-go lipca 1948 r. odpisałem: „... bardzo często zastanawiam się, czy mój krok jest słuszny. Wiem, że w oczach człowieka, o którym powiedziano, że „zna cenę wszystkiego - ale wartości niczego”, decyzja taka jak moja, jest oczywistym głupstwem, walką z wiatrakami, niepotrzebną pomyłką, która rujnuje młodość i pozbawia człowieka tego wszystkiego, co ona ze sobą niesie... co pewien czas robię rachunek sumienia, szczególnie wtedy, gdy ktoś jeszcze zmienia oblicze i zostawia po sobie pustkę na sąsiednim łóżku w beczce śmiechu... i mimo tego, że zewnętrznie nie znajduję, coby mnie utwierdzało w postanowieniu, trwam w swoim... bardzo dobrze rozumiem Twoich rodziców... z wiarą w Ciebie, pozostawiam Ci wolną rękę... jeśli cel, który Sobie postawiłaś wymagać będzie za wiele zmagań od Ciebie... . gdy będziesz musiała pójść za głosem rozsądku... nie myśl, że wyrządzisz mi krzywdę, zrozumiem... ”
Bracia dostali już wizy argentyńskie przed kilkoma miesiącami, z moją trochę się ślimaczyło do 25 sierpnia, gdy w konsulacie w Southampton dostałem wreszcie wizę.
Dnia 27-go sierpnia 1948 r. złożyłem podanie o zwolnienie mnie z P.R.C.RAF a już 8-go września 1948 r. w odpowiedzi przekazał mnie RAF z Framlingham do bazy w Dunholme Lodge, Lincs. Jurek Pankiewicz, który postanowił zostać w Anglii, zwolnił się do cywila, dostawszy pracę w hotelu robotniczym na Isle of Wight. Już nie ma z kim pogadać sobie. W Dunholme Lodge nie dali mi leniuchować, skierowali mnie do pracy przy wypisywaniu zwolnień i przygotowaniu dokumentacji demobilizacyjnej. Raz wracając z „biura” minąłem na ścieżce kapitana, jak się później okazało nazwiskiem D. Mendela, któremu oczywiście nie zasalutowałem. Usłyszałem „Chorąży dlaczego nie salutuje?” Jeżeli już o to chodzi to pan chorąży a nie salutuję, bo już z tym dawno skończyłem, usłyszał w mojej odpowiedzi. Stanęliśmy przed majorem Duksztą, który mnie postawił do raportu przed angielskim dowódcą stacji Dunholme Lodge. Ich angielski pomógł mi o tyle, że nie mogli mi przeszkadzać w wyjaśnieniu Anglikowi, że nie czuję się żołnierzem a tym samym nie obowiązuje mnie dyscyplina. Anglik pomimo tego, że był służbistą ale nie pozbawionym poczucia rzeczywistości, kazał mi odejść. Zaczekałem na naszych oficerów i wyłożyłem im mój punkt widzenia, że już obecnie jesteśmy narodem na obczyźnie i obowiązuje nas inna dyscyplina od tej zupackiej, którą oni wyznają. Major Dukszta, o dziwo, zaskoczony taką niewojskową tezą, skłonił się ku mojemu stanowisku, likwidując incydent, powiedzeniem: zapomnijmy to... i w ten sposób rozstałem się z polskim zupactwem na obczyźnie.
Wobec tego, że moi bracia zdecydowali się na korzystanie z jakiegoś kursu w Londynie, gdzie wynajęli prywatną kwaterę, postanowiłem skosztować cywilnego życia w ostatnich tygodniach mego przebywania na Wyspie. Dnia 7-go grudnia 1948 r. dołączyłem do braci w Londynie, 16 grudnia stanąłem przed komisją w urzędzie pośrednictwa pracy, które mi zaoferowało pracę w charakterze „kitchen porter” - pomywacza garnków w Cafe Boulevarde, 13 Shepherds Place.W.1. 17-go grudnia zdemobilizowany z dniem 9.I.1949 r. Dnia 18-go grudnia 1948 r. właściciel kawiarni, Żyd australijski pokazał mi co mam robić za 4 funty, co po potrąceniu podatku w wysokości 7 szylingów i 11 pensów czyniło 3 funty 12 szylingów i 1 pens tygodniowo. Myłem garnki, a czasami zastępowałem młodego Polaka z „displaced person” z Niemiec, który już zdążył wywindować się na pomocnika kelnera, w obsłudze małego baru, gdzie piekłem wafle. Wracając z pracy do „domu” jechałem piętrusiem na Sinclair Road i zawsze zdawało mi się, że ludzie oglądają się za mną i pociągają nosem, bo chyba czuć mnie było zapachami kuchni. Niedaleko kafejki znajdowała się Akademia Sztuk Pięknych, której studenci zachodzili na wafle i herbatę. Jak bardzo nie doszło do mnie, że już nie jestem „kimś w mundurze lotniczym” a jednym z szarej masy, miałem możność przekonać się, gdy obsłużona przeze mnie studentka pozostawiła na kontuarze napiwek.
W pierwszej chwili nie wiedziałem co robić, czy śmiać się z siebie, czy rozbić filiżankę, którą właśnie miałem w ręku, o ścianę. Zrobiłem jednak coś innego, wybiegłem na ulicę za nią i zwróciłem jej pieniądze, mówiąc jej, że napewno zostawiła je przez zapomnienie. Ona zaskoczona, odpowiada, że to napiwek dla mnie. Ja jej na to, że takich rzeczy nie przyjmuję. Przecież ty tam pracujesz? Pracuję, bo muszę. „Ty chyba nie jesteś Anglikiem? Jestem Polakiem, dowidzenia!”

Wracając piętrusiem zastanawiałem się nad tym incydentem. Przypomniał mi się „raport” przed dowódcą angielskim. Coś tu nie gra za mną. Skąd ta wrażliwość, a właściwie przeczulenie? Coś
z tym trzeba zrobić. Ale co? Nie tak sobie wyobrażałem przejście do cywila. W marzeniach swych widziałem siebie wracającego z bronią w ręku w ojczyste progi, gdzie miało nastąpić pożegnanie
z mundurem. Przeczulenie moje wynikało chyba z wielkiego rozziewu między marzeniami a pospolitą, obdartą ze złudzeń rzeczywistością „kitchen-portera” na londyńskim bruku.
Wyczekiwanie na miejsce na statku urozmaicane było zwiedzaniem Londynu, połykaniem Europy przed podróżą na Antypody.
Od Kazi przyszedł załącznik do listu: wiersz Rosjanina Smirnowa pt. „Czekaj mnie”, a że wywarł na mnie wrażenie dlatego chcę go tutaj przytoczyć. Pismo jest tak wyblakłe a moje „oczy nie te same”, że z trudem, przy pomocy lupy, je odczytuję:
„Czekaj mnie a wrócę zdrów
Tylko czekaj mnie
Gdy przekwitną liście bzów
Gdy naprószy śnieg
Czekaj gdy kominek zgasł
Żar w popiele znikł
Czekaj gdy nikogo z nas
Już nie czeka nikt
Czekaj, gdy po przejściu burz
Nie nadchodzi wieść
Gdy czekania już
Niepodobna znieść.
Czekaj mnie a wrócę zdrów
I nie pytaj gwiazd
I nie słuchaj trzeźwych słów
Że zapomnieć czas
Niech opłacze matka, syn
Gdy zaginie słuch
Gorzkie wino w domu mym
Niech rozleje druh
Za mój cichy wieczny sen
Kielich pójdzie w krąg
Czekaj i po kielich ten
Nie wyciągaj rąk!
Czekaj mnie a wrócę zdrów
Śmierci mej na złość
Ten zaklaszcze, tamten znów
Krzyknie: co za gość?
Jak doprawdy pojąć im
Że we krwawej mgle
Ty czekaniem cichym swym
Ocaliłaś mnie.
Ot i sekret, ot i znak
Co w sekrecie tkwi
Że umiałeś czekać tak
Jak nie umiał nikt
Że nie umiał nikt
Czekać na mnie tak!
W swej zarozumiałości przyjąłem ten wiersz jako wiatyk na daleką drogę.
Dnia 6-go stycznia 1949 r. otrzymałem zawiadomienie, że mam miejsce na statku argentyńskim „Cordoba”, który odpływa z portu w Southampton w dniu 7-go lutego 1949 r.
Dnia 25.I.1949 r. wymówiłem pracę w „Cafe Boulevard”, a 2-go lutego zakończyłem karierę „kitchen porter”-a Okazało się, że z naszej czwórki ja pierwszy wypływałem z Anglii mimo tego, że bracia dużo wcześniej otrzymali wizy argentyńskie. Zaczęło się pakowanie i ostatnie paczki z książkami angielskimi pojechały do Kazi, do kraju.
W pociągu z Londynu do Southampton dnia 9-go lutego 1949 r. tak do Kazi pisałem: „Jadę. Przed chwilą zniknęli mi bracia we mgle. Pociąg wolno ruszył, jakgdyby z ociąganiem a w miarę oddalania się od platformy rozlewały się sylwetki braci, zacierały i w końcu znikły. Wydaje mi się, że ten okres mojego życia, któremu początek daje ruch pociągu emigracyjnego najlepiej obrazuje ta gruba, nieprzenikniona mgła, w której gubi się oko i która zazdrośnie strzeże powierzonej jej tajemnicy o przyszłości. O godzinie 10-tej rano zaokrętowano nas. Celnicy angielscy przymykali oko i odprawa celna przeszła gładko, a trzeba by widzieć sterty bagażu, które Polacy wywieźli z Anglii. Sam okręt to niewielka łajba... na statku prawie połowę miejsc zajęli Niemcy, którzy wsiedli w Hamburgu i Amsterdamie. Symbolika nas nie opuszcza: rzekomi zwycięzcy dzielą pokład z pokonanymi w drodze do Argentyny. Przed godziną 15-tą wolno ruszył statek. Innym transportom, wojskowa angielska orkiestra grała „Góralu czy ci nie żal... ”, nam i tego nie zagrali... a odprawę demobilizacyjną obiecali przekazać do banku argentyńskiego.

Londyn 18.XII.1948 Pomywacz garnków w londyńskiej kawiarence.
Na kominku zdjęcie Kaziury.
30 stycznia 1949. Ze Zbyszkiem
w Londynie.



30 stycznia 1949 r. Pożegnanie
z Londynem na London Bridge.









Pod Krzyżem Południa
W Argentynie.
O godzinie 15-tej odcumowana „Cordoba” ruszyła w podróż do Argentyny. Stanąłem na rufie, by spojrzeć na molo wkrótce zamienione w kreskę na horyzoncie, za którą ginęło z oczu Southampton a z nim Anglia. Pasażerowie zeszli pod pokład, a ja pozostałem, by zrobić krótki bilans mego pobytu na Wyspie, którą opuszczałem niemal-że chyłkiem. Wprawdzie król opłacił nam podróż przez Ocean Atlantycki, ale nie polecił nikomu pożęgnać nas, choćby jednym słowem „thank you”. Jak inaczej nas traktowała wojenna Anglia w roku 1942, kiedy byliśmy jedynym sprzymierzeńcem przed siedmiu laty! Ale czy warto wylewać krokodyle łzy nad niewiernością sprzymierzeńca? Dostaliśmy lekcję polityki, nawet od naszych indywidualnych przyjaciół-Anglików, którzy pomimo Jałty, nie przestali darzyć szacunkiem i uznaniem swojego Churchila. Na horyzoncie ginęła Anglia a z nią i moje wielorakie przyjaźnie zawarte w tym kraju.
Kanał Angielski o tej porze roku bywa burzliwy, ale to pestka wobec tego, co nas czekało na Zatoce Biskajskiej. Gdy dnia 9.II dobijaliśmy do mola w Bilbao, natura wynagrodziła nam atak morskiej choroby, cudownym słonecznym porankiem, poprawiając humory słabych marynarzy. Postój był krótki, nie pozwolono nam zejść na ląd. Jedynie pozostawiliśmy pocztę do kraju. Na statek weszli emigranci hiszpańscy. Byli to Baskowie, nacja o której miałem się dowiedzieć w Buenos Aires, że opanowała życie gospodarcze w Argentynie. A tymczasem przyszli potentaci ekonomiczni, tańcami żegnali się z rodzinami. Patrzę na skrawek Hiszpanii, rządzonej przez „znienawidzonych” faszystów i nie znajduję żadnych śladów obecności przemożnego reżimu frankistowskiego. Mali chłopcy tak samo jak gdzie indziej na świecie przedrzeźniają się z policjantami w barwnych nakryciach głowy („Guardia Civil”), nie wykazując żadnego strachu przed władzą. Przyjaźnie uśmiechają się i pozdrawiają nas, gdy statek ruszył. Rzuciłem w nich ostatnim srebrnym florenem angielskim, który myślałem że należało schować sobie na pamiątkę.
Mnie przypadło miejsce pod pokładem, na dziobie. Zacząłem rozglądać się po statku. Kreolska załoga, strzelająca jak karabin maszynowy językiem hiszpańskim, z którego moje ciekawe ucho zdołało wyłowić zaledwie kilka słów dla mnie zrozumiałych. Jedzenie wspaniałe z dużą ilością mięśa wołowego i czerwonego wina. Ilość i rozmaitość nie przestawała dziwić byłego mieszkańca Wyspy, przyzwyczajonego do bardzo skrupulatnie przestrzeganego angielskiego systemu kartkowego. Współpasażerowie Niemcy trzymali się swego towarzystwa i „łypali” na nas, drwiącym, wydawało mi się spojrzeniem, bo sytuacja była „gombrowiczowska”: na małej przestrzeni pokładu spotkali się przegrani z wykiwanymi w drodze do nowego wspólnego miejsca osiedlenia. Zbliżył się do mnie młody Niemiec, który powąchał ostatni rok wojny. Pochodził z Prus Wschodnich
i znał tochę język angielski. Mówił z twardym pruskim akcentem. Zainteresowało go to, że ja byłem lotnikiem i rozmowa toczyła się wokół tego tematu w „tonacji” neutralnej, bez okazywania wrogości przez żadną ze stron. Ale przecież niepotrzebny był mi trening języka angielskiego, interesował mnie hiszpański. Nawiązałem rozmowę z Hiszpanką z Oviedo, która weszła na statek
w Bilbao. Dobiliśmy właśnie do mola w północno-zachodnim porcie hiszpańskim w Vigo. Port właściwie rybacki, o czym nie musieliśmy się przekonywać, wystarczało pociągnąć nosem.
I właśnie to „pociągnięcie nosem” dało pretekst do rozmowy i zawarcia znajomości z Teresą de Collantes, która jak się okazało płynęła do wujka w Argentynie. W Vigo przez przeoczenie miejscowych władz, pozwolono nam bezpaństwowcom z „Travel document” (zamiast paszportu) zejść na ląd. Miasteczko nieciekawe, port rybacki. Na ulicach dużo kobiet, niosących na głowach różnego rodzaju przedmioty, w dużej części ryby. Teraz zrozumiałem skąd się bierze wyprostowana sylwetka Hiszpankii: to napewno lepsze aniżeli kilka książek noszonych na głowie w pensjach dla panien z dobrego domu. Szybko wróciłem na pokład „Cordoby”, gdzie zwrócono nam kartki, które chcieliśmy wysłać do kraju z Bilbao. Okazało się, że Hiszpania nie przyjmuje poczty do „demokratycznych” krajów, co przypominało nam, że jesteśmy w kraju „na cenzurowanym” w opinii światowej. Spróbujemy w Lizbonie. W Vigo byłem trzy godziny, bo na tyle nam pozwolono. Na ulicach ludzie żywi, rozkrzyczani i żywiołowo gestykulujący. Uderza mnie to zachowanie Hiszpanów, bo przez siedem lat odwykłem od tego w Anglii, gdzie tylko w pubach można było zauważyć podobne zchowania. Przechodnie ubrani skromnie, żeby nie powiedzieć biednie. Zauważyłem braki w obuwiu, natomiast sklepy przeładowane wszelkiego rodzaju towarem, ale nie było w nich tłoku. Jak na kraj „faszystowski” nie widzi się mundurów na ulicach portu, a jeżeli się pokażą to z reguły są one z lichego mateeriału i chociaż mają ładny krój, noszone są niedbale. Odnoszę wrażenie, że Hiszpanie nie entuzjazmują się mundurami, zarówno ci, którzy je noszą jak i przechodnie nie darzą ich specjalnym zainteresowaniem nie mówiąc już o szacunku, tak widocznym u nas przed wojną. Trudno jest wyrobić sobie zdanie o Hiszpanii na podstawie trzygodzinnego spaceru po mieście, szczególnie, gdy chodzi o kraj, o którym czytało się tak wiele niepochlebnych opinii w prasie angielskiej. Na powierzchni życie wydaje się płynąć normalnie, nie widać żebraków, nie spotkałem wielu policjantów, nikt nie spojrzał na mnie podejrzliwie, raczej z zainteresowaniem i ciekawością. Nie wspomniałem, że próbowałem na poczcie nadać kartkę do Polski, ale spotkał mnie zawód, który również odmalował się na twarzy urzędnika poczty hiszpańskiej, zmuszonego mi odmówić przyjęcia kartki. To mnie wyrwało z turystycznego snu na jawie, uświadomiłem sobie, że to już czwarty rok pokoju na świecie.
Dnia 12-go lutego 1949 r. wysłałem z Lizbony do Kazi kartkę pocztową z pomnikiem sternika (przecież Portugalia to kraj żeglarzy) a na niej kilka zaledwie słów: „Niestety, z wyjścia na ląd nici”. Za krótko tu stoimy, by można było zrobić wypad. Pogoda słoneczna, cudowne widoki. Jaka szkoda, że nie danym nam jeszcze jest odbyć taką podróż razem.”
W odpowiedzi przeczytałem: „... dzięki za kartkę. Więc już naprawdę nie ma Cię w Anglii? Czy nie smutno Ci Cesiu wyjeżdżać stamtąd?... martwię się, że będziesz tak daleko, ale wiesz co? świta mi ciągle jakaś nadzieja, że teraz już szybko wrócisz do domu. Nie mam już teraz takich czarnych myśli, jak dawniej, gdy projektowałeś wyjazd do Argenytny... ” Ten list dogonił mnie już
w Argentynie, a tymczasem ja byłem w Lizbonie, po której tak wiele sobie obiecywałem. „Cordoba” zatrzymała się tylko na parę godzin, by zabrać kilkunastu obywateli Portugalii, płynących do Brazylii śladami pana Balcera.
Lizbona prezentuje piękny widok dla oczu patrzącego z pokładu statku łakomym okiem „turysty Sikorskiego”. Miasto ciągnie się wzdłuż brzegów długiej zatoki tarasami białych domów o dachach z czerwonej dachówki. W nagrzanym, drgającym powietrzu zmazują się ostre zarysy wież kościelnych, budząc nawet w laiku ciągotki malarskie. W te artystyczne przeżycia wdarł się zgiełk tłumu waluciarzy, który, nam przybyszom z Anglii, wydał się czymś nierealnym.
Waluciarze interesowali się każdą walutą, ale moją ciekawość zaspokoili wzruszeniem ramion, gdy zapytałem o polskiego „ludowego” złotego. Coraz częściej napotykam na granicę dzielącą wyraźnie świat na dwie wrogie części: w Hiszpanii nie przyjmują poczty do Poski, w Lizbonie na giełdzie nie notują złotego...
Gdy po trzech godzinach, które minęły od podniesienia kotwicy, znikł portugalski brzeg, uświadomiłem sobie, że wraz z nim, daleko na horyzoncie pozostała Europa.
Potem, 14-ego lutego 1949 r. mały „żulik” na Wyspach Kanaryjskich w Las Palmas okradł mnie
z wiecznego pióra „Shepherd”-a, 19-ego lutego przekroczyliśmy równik, by 23-go lutego, o godzinie 21-szej łuna świateł obwieściła zmęczonym już trochę tą morską podróżą, że przed nimi Rio de Janeiro. Widok niezapomniany. „Wszystko” wyległo na pokład i w obliczu najpiękniejszego portu na świecie „pisałem do Kazi” ludziska jakby zmaleli, spotulnieli i w głębokiej ciszy zamarli w podziwie”. Z lewej burty statek opływa stromą górę, która wybiegła daleko w morze, by zasłonić nam na chwilę panoramę miasta i nagle znaleźliśmy się w centrum wspaniałej zatoki, która objęła nas prawie-że zamkniętym łukiem potężnych ramion-wzgórz malowniczo poszarpanych i zalewem świateł olbrzymiego miasta. Skądś nadciągnęła chmura i przez chwilę nie mogłem znaleźć szczytu dominującego nad miastem i zatoką, na którym wznosi się pomnik Chrystusa ze wzniesionymi jakby do błogosławieństwa ramionami. Patrzącemu z dołu figura wydaje się być krzyżem. Po przejściu chmury zobaczyłem na tle granatowego nieba plamę świetlną wytworzoną światłem reflektorów dookoła figury-olbrzyma. Jak to dobrze, że dobiliśmy do portu nocą: księżyc jest łaskawszy od słońca. Tajemnicza jego poświata stwarza niesamowite iluzje. Gdy na drugi dzień rano spojrzałem na ten siódmy cud świata w promieniach słońca, odczułem zawód i pretensję do światła dziennego, które niczego nie ukrywa i nie pozostawia miejsca na igraszki wyobraźni.”
Brazylijczycy uznali nasze „travel document”-y tak, że mogliśmy zejść na ląd. Skorzystałem z pomocy „tłumaczki” - towarzyszki podróży Tere Collantes, wynajęliśmy taksówkę, która nas przewiozła przez miasto i plażę Copacabana. Pochodziliśmy po centrum miasta, zaliczając w ten sposób jeszcze jedną stolicę. Opuszczając Rio de Janerio dojrzałem polską flagę na statku „Kościuszko”. Z nostalgią spojrzałem na ten skrawek polskiego terytorium na antypodach. Dnia 27-go lutego znalazłem się w Buenos Aires i w ten sposób dobiegł kresu jeszcze jeden etap mojej podróży dookoła świata.
W porcie czekał na mnie podoficer z oddziału Manka z kampanii włoskiej p.Bryś, który wcześniej wylądował w Argentynie. Znalazł sobie pracę w warsztacie samochodowym i obiecał mi pomóc
w wynajęciu jakiegoś mieszkania dla nas czterech, ponieważ za miesiąc mieli się zjawić Manek, Wacek i Zbyszek. Skończyło się wojsko, w którym ktoś zawsze za nas odpowiadał i kierował, teraz zależałem od siebie i tak się „wyśpię, jak sobie pościelę”.
Argentyńskie urzędy imigracyjne, pomimo rzucającej się w oczy ospałości, poradziły sobie
z nami, zaopatrzyły nas w potrzebne dokumenty i po dwóch dniach pobytu w hotelu imigracyjnym, otworzyli bramę i pożegnali nas swoim „adios”. Przy pomocy p.Brysia dojechałem do pensjonatu w San Isidro, części wielkiego Buenos Aires, gdzie wynająłem pokój dla siebie. Właścicielka pensjonatu Szwajcarka, jak się później okazało, witała u siebie drugiego Polaka. Wśród lokarorów pensjonatu był młody student pochodzenia szwedzkiego, który ofiarował się poduczyć mnie języka hiszpańskiego. Trochę rozumiał angielski i tak po kilku dniach, kiedy już gestykulację zastępowałem słowami obcego mi języka, powiedział mi, że pierwszym Polakiem, którego tu spotkał był polski pisarz „escritor polaco” Gombrowicz. Przyznać się muszę, że to nazwisko wtedy niczego mi nie mówiło choćby dlatego, że przed wojną nie byłem czytelnikiem „Wiadomości Literackich”. Moje plany zrobienia sobie trzymiesięcznych wakacji celem nauczenia się hiszpańskiego uległy zmianie, gdy 16-go marca 1949 r. witałem w porcie moich trzech braci. Zamieszkali razem ze mną, a ja poszukałem sobie pracę, bo z finansami było krucho. Do nich to jeszcze nie doszło, wciąż jeszcze byli beztroscy, że skończyła się pewność płynąca z przekonania, że co dekadę do kieszeni wpadnie żołd od króla angielskiego. Brak dobrej znajomości języka hiszpańskiego ograniczał moje szanse na rynku pracy do robót fizycznych. O swojej pierwszej pracy tak pisałem do Kazi dnia 29-go marca 1949 r.: „...zdobyłem się na bezczelność i przedsiębiorcy budowlanemu przedstawiłem się jako majster ciesielski i zbrojmistrz betonu. Dla wyjaśnienia podam Ci, że prezydent Peron ze swoją „partido justicialistas” rozkręcił koniunkturę ekonomiczną w Argentynie i tak zresztą wzbogaconej na dostawach wojennych, co szczególnie było widocznym w budownictwie. W tym ożywionym ruchu budowlanym zaznaczał się brak fachowców, co stworzyło odpowiednie warunki dla takich jak ja „bezczelnych” a przebojowych, nie mających niczego do stracenia. Poza tym zarobki w budownictwie były stosunkowo wysokie. Dla porównania podam Ci, że stenotypistka ze znajomością drugiego języka zarabiała miesięcznie 300 do 400 pesów, gdy za dolara płacono 20 pesów. Ja zacząłem od 23 pesów dziennie. W drugim dniu przeszedłem odrazu na akord (nie śmiej się!) i wieczorem następnego dnia otrzymałem 100 pesów. Zarobki te wydają się być wysokimi, ale tracą ten charakter, gdy się uświadomi, jak w moim przypadku, że chciałem mieszkać w takich warunkach i otoczeniu, na jakie nie było stać robotnika. W pierwszym dniu pracy byłem beznadziejnie głupi. Nie miałem najmniejszego pojęcia jak i z której strony brać się za pracę. Na budowie spotkałem takich samych fachowców jak ja, różniących się ode mnie tylko długością stażu... pracowali już dwa miesiące. Pomogli mi, nauczyli mnie prostych czynności.
A nauczycielami byli: profesor geologii z instytutu kijowskiego, kolejarz Łotysz z Dynaburga, oficer białogwardyjski z synem i jakiś chłopak Rusin z Zakarpacia. Szefem był Urugwajczyk. Taka wieża Babel budowała wspólnie dom dla jakiegoś wzbogaconego Araba z Libanu, którego nazywano „Turkiem”. Praca nielekka, wstaję rano o 5-tej, podróż pociągiem podmiejskim, autobusem i parę „esqin” spacerkiem. Mam poobijane ręce, pęcherze na dłoniach, wieczne pragnienie (koniec lata na antypodach), obolałe kości a po pracy śpię jak zabity. Mój romans z budownictwem nie trwał długo. Pewnego dnia doszło do incydentu, w którym opowiedziałem się po niewłaściwej stonie. Łotysz, o którym wspomniałem „mieszkał” w szopie na budowie z żoną i dwojgiem małych dzieci. Gdy spadł deszcz, a akuratnie dostarczono worki cementu, majster kazał nam wnosić worki z cementem do „mieszkania” „Łotysza”. Zbuntowałem kolegów, by odmówili tego, ze względu na dzieci, które dusiły się w pyle cementowym. W tym dniu, jak na złość, doszło do katastrofy, bo zwalił się szalunek i runęła powała piwnicy, na szczęście odbyło się bez ofiar naszego braku doświadczenia w tych pracach. Skończyło się na wyrzuceniu mnie z pracy, bo reszta wskazała na mnie, jako na prowodyra, nawet Łotysz, w obronie dzieci którego stanąłem znalazł się w tej „reszcie”.
Przypomniałem sobie o konsulacie brytyjskim, w którym istniała komórka z zadaniem m.in. pomocy dla b.lotników RAF-u w wyszukiwaniu pracy. Skierowano mnie do fabryki tekstylnej „Sudamtex” na Chacaricie, należącej do amerykańskiego koncernu „United Merchants of New York”, gdzie bez problemów dostałem pracę w dziale przygotowania produkcji, w transporcie wewnętrznym z miotłą w ręku. Praca w ciężkich warunkach pył bawełniany i wilgotność powyżej 90 % sprawiały, że pracowało się w zmianach po 6 godzin. Pierwszy tydzień był trudny, w strumieniach mego potu gdzieś zawieruszyła się piękna opalenizna zdobyta na wolnym powietrzu na budowie, przeziębiłem gardło od ciągłego picia zimnej wody, z tudem zbierałem obolałe kości wczesnym rankiem, gdy mnie budzik ściągał spod moskietery. W wisielczym humorze przechrzciłem nazwę fabryki „Sudamtex” na „Sudortex”, gdzie „sudor” oznacza po polsku pot, zwyczajny „pot czoła twego”, w którym pismo św. prorokowało, że będę pracował. Biorąc pierwszą wypłatę w papierowych pesach, miałem ochotę wykręcić je dobrze, by się okazał pot, wylany przeze mnie dla nich. Dopóki nie nauczę się dobrze hiszpańskiego, nie ma widoków na lepszą pracę. Proces aklimatyzacji w Argentynie przebiega szybciej aniżeli w Anglii. Czuję się bliższy latynosom, chociaż nie lubię mięsa wołowego w takich ilościach jak oni je spożywają, ani też ich wina, które piją tak jak my wodę, albo wysiadywania do wczesnego ranka w piżamach przed swymi domami. Nie zauważyłem u Argentyńczyków niechęci do cudzoziemców, nawet ich słowo na oznaczenie cudzoziemca „extranjero” nie ma niechętnego wydźwięku angielskiego „foreinger”-a. Nie spotkałem się z wypadkiem, by Argentyńczycy strajkowali z powodu przyjęcia Polaka do pracy, czego wypadki zdarzały się w Anglii.
Nasza arystokratyczna właścicielka pensjonatu w San Isidro, zorjentowawszy się w charakterze mojej pracy, nie pasującej do towarzystwa u niej zbierającego się, zaczęła dawać do zrozumienia, że należałoby poszukać sobie innego mieszkania. Nie pracujący jeszcze bracia wyruszyli w okolice Wielkiego Buenos Aires w poszukiwaniu mieszkania, uwieńczone sukcesem po dwóch tygodniach. Ja jeszcze zostałem w San Isidro do 15-go maja 1949 r. Nie żegnałem się ze czwajcarią, odstraszała mnie jej pretensjonalność, na wytknięcie której już pozwalał mój zasób słówek hiszpańskich. Uścisnęliśmy sobie dłonie z Argetyńczykiem szwedzkiego pochodzenia, któremu zawdzięczam pierwsze kroki w nauce języka hiszpańskiego. Gdy przyjechałem do podmiejskiego Quilmes okazało się, że Wacek znalazł mieszkanie w którym jeden pokój zajmowała nauczycielka z Wołynia, a pozostałe dwa pokoje były dla nas czterech. Wkrótce do nauczycielki dołączyła siostra Bogdanowicza Anna z Kosowa k/Czartkowa, znaleziona przez nią w jakiejś opuszczonej szopie.
I tak powstała komuna, w której częstymi gośćmi bywali Wilniucy: dwa małżeństwa, podejmowani przez nas odwieczną jejecznicą. Moi bracia jeszcze nie pracowali, pozostali lokatorzy i ich goście niewiadomo z czego żyli. Zaczęło mnie to denerwować, „wziąłem” Zbyszka do pracy w „Sudamtex”, Manek, ze względu na wiek (39 lat) był w najgorszej sytuacji na giełdzie pracy. Został przyjęty w odlewni na Avellanedzie, gdzie na nocnej zmianie czyścił modele dla odlewów. Wobec całkowitego braku mebli i środków na ich zakup, za łoże służyły mi skrzynki żelazne po amunicji artyleryjskiej, w których przywiozłem swój bagaż z Anglii. Na nich spoczęły materace i amerykański koc wojskowy. Pod głowę pięść. Pokój urządzony futurystycznie, wszędzie dużo wolnej przestrzeni.
23-go lipca, jadąc na nocną zmianę, wyskoczyłem z autobusu tak nieszczęśliwie, że, jak się później okazało, złamałem kość śródstopia lewej stopy. Z trudem doszedłem do fabryki i przezwyciężając wciąż rosnący ból, stanąłem do pracy. Zakład pracy nie odpowiadał za wypadki w drodze do pracy, więc w samoobronie musiałem sfingować wypadek przy pracy, by ratować finanse, na których spoczywała prawie cała nasza gospodarka domowa. „Delegado”, przedstawiciel związków zawodowych trochę kręcił głową, ale pomógł i od lekarza fabrycznego dostałem zwolnienie. Później okazało się, że to było złamanie, które unieruchomiło mnie na parę miesięcy.
Nieprzerwanie trwała korespondencja z Kazią w Zabrzu. Zdarzały się tygodnie bez listu z jednej lub drugiej strony, naogół jednak spełniała swoje zadanie, którym było podtrzymywanie więzi i... uczucia miłości, mimo odległości i niewiadomej, jaką niosła ze sobą przyszłość, coraz bardziej oczywista. Nie mogłem uciec od myśli, czy mam prawo wiązać ją ze sobą w oczekiwaniu na zmiany na arenie politycznej świata, które pozwoliłyby mi na powrót do kraju. Jak narazie trzymałem się kurczowo nadzei, że wkrótce dojdzie do wojny z Rosją, że to tylko kwestia czasu. Wprawdzie od mowy Churchila w Fulton minęły już trzy lata, ale my nie przestaliśmy szukać w prasie argentyńskiej objawów zbliżającego się konfliktu między Stanami Zjednoczonymi a Rosją. jakby w odpowiedzi na moje wątpliwości targające mną, czy mam prawo w takiej sytuacji angażować Kazię, z końcem sierpnia 1949 r. w liście do mnie pisze: „...ja się nie boję, że możemy się nie spotkać. Tę możliwość wykluczam zupełnie. Jestem pewna, że miejsce, które przeznaczyłam dla Ciebie - nie zajmie nikt. Tylko od nas samych zależy jak pokierujemy naszymi losami. Mnie chodzi o co innego, czy nie za dużo fantazji włożyliśmy w nasze uczucie, czy nie rozczarujemy się przy bliższym poznaniu, czy nasza wola i mocne postanowienia wytrzymają próbę, gdy zajdzie potrzeba? Teraz moja równowaga została troszeczkę zachwiana. Czy pamiętasz Marysię P., córkę profesora III gimnazjum? Wyszła za mąż za Twojego kolegę L. T. Od roku 1944 nie ma od niej żadnej wiadomości po jego aresztowaniu i wywiezieniu. Maryśka rozpaczała, robiła postanowienia wprost nieprawdoopodobne. Teraz wychodzi za mąż za jednego z moich kolegów z miłości, jakiej nikt nie przeżył i stara się o uznanie L. za zmarłego. Nie mogę zrozumieć, jak można tak szybko zapomnieć, jak można przestać kochać, przenieść te same uczucia z jednej osoby na inną, przecież T. są małżeństwem, łączy ich przysięga, są rodzicami swego dziecka... ”
Po trzech miesiącach „choroby „ wróciłem do pracy i, jako że nieobecni nie mają racji, spadłem
w mojej karierze zawodowej na sam dół, w miejsce w którym rozpoczynałem pracę. To mnie zmobilizowało do rozpoczęcia nauki na międzynarodowych kursach techniki tekstylnej. Nie będąc jeszcze pewnym swego hiszpańskiego, rozpocząłem naukę korespondencyjną w sekcji angielskiej. W domowym gospodarstwie trochę kłopotów, bo Wacek poddał się operacji żołądka i wreszcie skończyły się jego obawy, że ma raka. Poprawi się sytuacja w nastrojach naszych, tymbardziej, że wreszcie Manek doczekał się przyjazdu swojej narzeczonej z Włoch. Gina powoli ale skutecznie przeprowadza zmiany w naszym kawalerskim życiu. W związku z ich planami otwarcia warsztatu tkackiego, zaczynam się rozglądać za mieszkaniem w Buenos Airos. W marcu 1950 r. Kazia pojechała do Krynicy, gdzie osiadła Danka już teraz Wojnarowa z naszą mamą. Nie widziały się od czasów tarnopolskich. „Mama siwiutka jak gołąbek i tęskni” pisze Kazia: „...Ty sobie nawet nie wyobrażasz jak strasznie tam tęsknią za Wami. Mówi się oWas ciągle i ciągle się Was wspomina. Strasznie żal mi Matki. Rozmawiałąm z nią długo o Was. Skarżyła mi się na boleśnie odczuwany brak Was: „Gdybym mogła chociaż raz na rok przez jeden dzień widzieć ich, już byłabym szczęśliwa i nie chciałabym nic więcej”. „rzadko spotyka się matki tak bardzo przywiązane do dorosłych dzieci...” Taka wiadomość z domu jest bardziej demobilizująca aniżeli bezpośrednia zachęta do powrotu do kraju, poza którym znajduję się już dziesięć lat i nie widać żadnych „znaków na ziemi i niebie”, określających choćby w przybliżeniu jakąś datę dla powrotu. Całe szczęście, że praca w ciężkich warunkach, codzienne zmagania się o chleb powszedni i zmęczenie nie pozostawiają wiele wolnego czasu na rozmyślanie. W dobrobycie trudno-by było pozostać wiernym raz powziętemu postanowieniu pozostania na obczyźnie aż do chwili odzyskania wolności przez Polskę.
Dnia 24-go czerwca 1950 r. wyczytałem w „El Clarin” (dziennik stołeczny) o wybuchu czegoś, co napewno przejdzie do historii jako wojna koreańska. Wiadomość ta poruszyła nas. Uważmy, że jest to początek nowego konfliktu światowego i zaczynamy odświeżać nasze mundury, które przywieźliśmy ze sobą z Anglii. Ożywają nadzieje na powrót do Europy i potem do domu.
O tym jak wielką rolę w życiu człowieka odgrywa przypadek, przekonałem się na włąsnej skórze. Pewnego razu na nocnej zmianie w ustronnym miejscu za rzędem maszyn pokazywałem dwom argentyńczykom jak się rozwiązuje równania (zapisali się na kursy dokształcające), zaskoczył nas kierownik oddziału Amerykanin mr Roy. Przyjrzał się naszym gryzmołom na czarnej podłodze, nie „opieprzył” nas, rzucił pytanie po hiszpańsku, na co odpowiedziałem mu po angielsku. Zaintrygowany, spytał mnie kim jestem, pokiwał głową i odszedł. Koledzy Argentyńczycy byli zaskoczeni, że obeszło się bez kary za odejście od stanowiska pracy.
Od tego czasu ile razy spotkałem się z mr Royem w czasie jego kontrolnych spacerów po fabryce, uśmiechał się do mnie porozumiewawczo i na tym się kończyło.
Przed Bożym Narodzeniem 1950 r., w czasie drugiej zmiany podszedł do mnie, jak się później okazało, szef komórki organizacji pracy sr Gennaro i przeprowadził ze mną „przypadkową” rozmowę, w której nie omieszkałem wtrącić o mojej nauce w Escuelas Internacionales”. Nie mogłem nie zauważyć podniesionych w zdumieniu brwi na sympatycznej twarzy Włocha, który po wojnie wyemigrował z Neapolu. Wiedział, że jestem Polakiem, ale nie zauważyłem u niego śladu uprzedzenia do byłego żołnierza przeciwnej strony w konflikcie, w rezultacie którego obaj znaleźliśmy się po tej samej stronie oceanu. Po paru dniach zrobił mi propozycję nie do odrzucenia: przejście do jego biura w charakterze praktykanta. Wojna koreańska przeciągała się i komplikowała a ja dnia 6-go stycznia 1951 r. zrzuciłem z siebie roboczy kombinezon, który mnie m.in. przywiązywał tylko do jednego piętra fabryki, ubrałem białą koszulę, symbol awansu i zgłosiłem się do pracy w biurze Sr.Gennaro. W biurze tym pracowało kilku młodszych ode mnie, już teraz kolegów, wśród których byli: Ormianin Israelians, Anglicy urodzeni w Argentynie Tom Steed i Miller oraz dwie dziewczyny: Węgierka, uciekinierka powojenna Ilma Juhasz córka jakiegoś wyższego urzędnika z magistratu budapesztańskiego i syn Żyda rosyjskiego Charowsky. Międzynarodowe towarzystwo przyjęło mnie dobrze, co przypisać należy więcej memu „rodowodowi” rafowskiemu aniżeli mej przynależności państwowej. Okazało się, ale to dopiero znacznie później, że to była komórka „talentów”, przygotowywanych do objęcia kierowniczych stanowisk w fabrykach koncernu „United Merchants of New York”. I znów zaczynam „od podłogi”, ale tym razem już nie z miotłą w ręku. Miałem przejść przez wszystkie sekcje fabryki, poświęcając po tygodniu na każdą. Senor Gennaro przyrzekł mi, że po przedstawieniu dyplomu ukończenia „Escuelas Internacionales”, dyrekcja koncernu zwróci mi pieniądze, wyłożone przeze mnie przez dwa lata nauki. W takim nastroju można było inaczej spojrzeć na karnawał, na czas trwania którego zamierało życie zawodowe w Buenos Aires, wszyscy korzystali z urlopów, by poszaleć trochę na zabawie. Po pewnym czasie ze zdziwieniem zorientowałem się w jakie to „towarzystwo” popadłem. Otóż jeden był synem właściciela cegielni, z której pochodziły cegły użyte do budowy fabryki, „zarabiał” 800 pensów, wydając tylko na mieszkanie 900 pesów, drugiemu ojciec powiedział, żeby sobie zajął przedpołudniowe godziny, bo się zanudzi ze swoją żoną, gdy się ożeni, trzeci był synem architekta, według którego planów zbudowano fabrykę.
25-go lutego 1951 r. zdałem ostatni egzamin, 2-go kwietnia zakończyłem praktykę w ostatniej
z sekcji, 11 maja zostałem pracownikiem umysłowym „empleado”, 11-go lipca przedstawiłem dyrekcji swój dyplom ukończenia „Escueles Internacionales” i ...poszedłem do kasy po zwrot pieniędzy wyłożonych przeze mnie w ciągu dwóch lat nauki. Senor Gennaro pogratulował mi zakończenia trzyletniej nauki w dwa lata. Nie spoczywając na laurach zapisałem się na następny kurs.
W Korei front ustabilizował się na 38-ym równoleżniku i rozpoczęły się rozmowy pokojowe. Rozwiewały się nadzieje na zmianę naszej sytuacji. Zawód rozpływał się w ożywionym życiu towarzyskim, jakie prowadziliśmy w naszej pracowni, zaproszenie na „Fiesty” goniło jedno za drugim, poznawałem rodziny kolegów i koleżanek biurowych. Do tych ostatnich doszła jeszcze z biura Mr.Michela Roya, Węgierka Erżybet Mocsary, córka węgierskiego ziemianina, która również wylądowałą po wojnie w Argentynie.
Niewiadomo kiedy dałem się wciągnąć w wir życia towarzyskiego. Wyprowadziłem się do Buenos Aires („Capital”) i trochę rozluźniły się więzi braterskie. Wacek i Zbyszek odwiedzali mnie
w mieszkaniu, wynajmowanym od emigranta węgierskiego nauczyciela matematyki w budapesztańskim gimnazjum, którego poleciła mi Ilma. Wychodziliśmy wieczorem do pobliskiej kawiarenki na kakao. Ten tryb życia pochłaniający czas wpłynął na powstawanie przerw w korespondencji z Kazią. Sekretarz brytyjskiego klubu wioślarskiego b.oficer RAF-u zaprosił mnie do klubu jako kandydata na członka. Duże wyróżnienie dla Polaka, jeżeli się nie zapomina o ekskluzywności brytyjskich klubów. U źródeł tego zaproszenia była moja „rafowskość” raczej aniżeli moja bandera. Klub ulokował się w delcie La Platy, w Tigre we wspaniałej scenerii, zafundowanej przez naturę. Na łodziach wiosłowaliśmy przez bezdroża rozlewiska delty, oganiając się od komarów. Wieczorami dansingi na nadbrzeżnym parkiecie. To „dolce far niente” w pewnym momencie przeraziło mnie i zacząłem poważnie myśleć o studiowaniu medycyny, jako o przeciwadze. Miałaby być deską ratunku przed pokusą pozostania w Argentynie. Rokowania pokojowe w Korei pozbawiły nas nadziei na szybkie rozwiązanie naszych problemów.
Michael Roy, który zdalnie kierował moim losem zasugerował Sr.Gennaro przeniesienie mnie do produkcji i dał mi zadanie... ulepszania maszyny nawijającej nici. Zadanie to w pewnym stopniu przeraziło mnie, człowieka o żadnych zainteresowaniach technicznych. Widocznie coś się zminiło w międzyczasie w planach dyrekcji dotyczących mojej osoby, bo dnia 7-go kwietnia 1952 r. Mr. Roy zrobił mi propozycję wyjazdu do Urugwaju, do fabryki należącej do ich koncernu, by tam zorganizować podobną do naszej, sekcję naukowej organizacji pracy. Chodziło o niedawno zbudowaną w Colonii del Sacramento, po drugiej stronie zatoki La Plata, fabrykę sztucznego tworzywa (rayonu). Propozycja ta szybko została ujawniona. W moim gronie towarzysko-zawodowym została przyjęta z różnymi uczuciami. Wagę jej starałem się pomniejszyć, tłumacząć, że mój stan rodzinny był decydującym w tej sprawie. Nie byłem związany z Buenos Aires i zawsze byłem gotowy do zmiany miejsca pracy, podczas gdy oni byli związani wielu więzami z Capitalem. Wtedy dowiedziałem się, że znalazłem się w gronie młodych ludzi, którzy są przeznaczeni do zajęcia kierowniczych stanowisk w koncernie. Już przebąkiwało się o rozbudowie koncernu
w Kolumbii i Brazylii. Podobno mieli nas wysłać na okres trzech lat do różnych krajów, w których koncern miał swoje fabryki. Z rozmowy z moim bezpośrednim kierownikem, którym był sr. Gennaro, można było domyślić się, że coś w tym jest. Wprowadzał mnie w dotychczas mi nie znane strony organizacyjne koncernu i na koniec dał mi wiele mówiącą radę, bym się nie spieszył z osiągnięciami na nowym terenie i żebym stale konsultował się z nim. Wyznaczono termin mojego wyjazdu, bo dyrektor fabryki w Colonii domagał się szybkiego przyjazdu mojego. A tu na przeszkodzie stanęły sprawy paszportowe. Jako bezpaństwowiec nie miałem paszportu, bo „travel document” wygasł wraz z moim zejściem na brzeg argentyński. Dyrekcja przy pomocy swego adwokata po trzech miesiącach starań, wystarała się o paszport kategorii „No argentino”, który miał ważność tylko w wyjeździe z Argentyny i powrocie do niej. Wraz z podjęciem propozycji mr.Roya, zmianie uległy moje plany studiowania medycyny. Zmiana „terenu” była mi na rękę, bo przynosiła nowe problemy, których rozwiązanie pomoże mi obronić swój status „tymczasowości” i nie pozwoli na zakorzenienie się z tej strony oceanu. Zaczęły się przygotowania do opuszczenia Argentyny: urządzono mi szereg pożegnalnych „party”, z których najprzyjemniejsza była w niemieckiej piwiarni z kapustą kiszoną i kiełbasą, urządzona przez mojego szefa sr.Gennare. Na zakończenie, powiedział mi, że na moje miejsce ściągnie mojego brata Zbyszka. Piękny gest neapolitańczyka, otwierający Zbyszkowi drogę dla kariery, po trzyletniej mordędze, w oddziale przędzalniczym fabryki.
Dnia 2-go lipca 1952 r. odprowadzony przez b.policjanta federalnego, obecnie załatwiającego trudne sprawy fabryki, wszedłem na pokład statku, na którym dopłynąłem do Colonii.
W Urugwayu Colonia del Sacramento, mały port z twierdzą, zbudowaną kiedyś przez Portugalczyków, obecnie był siedzibą departamentu Colonia. Regularna zabudowa hiszpańska, podzielona na „cuadry”, ułatwiające orientację w mieście. Z mola wychodziła główna ulica miasteczka nazwana od bohatera narodowego gen.Flores. Na molu czekał na mnie samochód fabryczny. Urzędnik fabryczny łatwo wyłowił mnie z niewielkiej grupy pasażerów. Gdy brał mi z ręki mój bagaż, odrazu poczułem się „dowartościowany”. Szybko przejechaliśmy przez miasteczko i zatrzymaliśmy się u bramy nowoczesnej, wciąż pachnącej świeżością fabryki z własną elektownią. Zostałem zaprowadzony przed oblicze dyrektora, którym był Amerykanin z południowego stanu Georgia Mr. Murphy. Do jego gabinetu przechodziło się przez salę, w której pracowali urzędnicy, udający, że niczego nie widzą, zdążyli jednak rzucić ciekawym spojrzeniem na przybysza z drugiego brzegu La Platy. Odebrała mnie sekretarka i ona wprowadziła mnie do gabinetu dyrektorskiego. Cały ten ceremoniał kazał mi inaczej spojrzeć... na siebie, poczułem się ważnym. Dyrektor przeprowadził ze mną wywiad, w czasie którego ważyły się moje losy. W końcu kazał odstawić mnie do hotelu, gdzie dowiedziałem się, że następnego dnia odlecę hydroplanem do Buenos Aires. Wręczając mi bilet na lot urzędnik z uśmiechem spytał, kiedy mam zamiar przyjechać, by objąć nowe stanowisko? Z tego wynikało, chociaż dyrektor mi tego nie powiedział, że zostałem zaangażowany, o czym dowiedziałem się następnego dnia, po powrocie do Buenos Aires.
Ostatecznie dnia 6.VII.1952 r. pożegnałem się z „Sudamtex-Argentina”, zostawiłem za sobą wzdychające serca pobratymek węgierskich Ilmy i Erżybet, których więcej miałem już nie spotkać, chociaż kilka razy wpadałem do Buenos Aires służbowo z Colonii i dnia 8-go lipca 1952 r. rozpocząłem pracę w „Sudamtex-Uruguay” już jako samodzielny pracownik naukowej organizacji pracy. Na początek dyrektor zrobił ze mnie tzw. „trouble-shooter”-a co w wolnym tłumaczeniu polskim oznacza człowieka do rozwiązywania nietypowych problemów. Był to jego sposób poddania mnie próbie ogniowej, zresztą sam mi to powiedział po pewnym czasie, że faceta trzeba rzucić odrazu na głęboką wodę: albo utonie, albo wyjdzie obronną ręką. Poprzez rozwiązywanie zadań zlecanych mi przez dyrektora oraz wynajdywanych przeze mnie, powstała samodzielna sekcja, ukrywająca się pod kryptonimem amerykańskim „Standards”, a po hiszpańsku „Oficina de standards”.
Na początek w patrycjuszowskim hotelu, mieszczącym się przy pryncypialnej ulicy „Avenida Gen.Floras”, prowadzonym przez przybierającego szybko na wadze, młodszego ode mnie Sr. Leguisamo, spokrewnionego ze wszystkimi, cokolwiek znaczącymi osobistościami w tej stolicy departamentu Colonia. Goście związani z „Sudamtex” cieszyli się wszelkimi względami w tym hotelu, choćby tylko dlatego, że za nimi stały dolary, wysoko notowane na giełdzie urugwajskiej, i że na obrzeżach miasta niedawno zbudowany nowoczesny hotel „Mirador” z kortami tenisowymi szybko przeradzał się w silnego konkurenta „staromodnego Esperanza”. Narazie dyrekcja „Sudamtex” była lojalna wobec „Nadziei”, bo tak po polsku brzmiała nazwa hotelu.
Dyrektor przedstawił mnie wszystkim kierownikom działów i następnie oprowadził mnie po fabryce. Zobowiązał wszystkich pracowników do współpracy ze mną i pomocy w zaznajomieniu mnie z ich działami. Co do płacy, powiedział mi, że ona zależy od wyników mojej pracy. Odpadają terminy sztywne dla podwyżek i awansów. Spodobało mi się to amerykańskie podejście, szczególnie, gdy dowiedziałem się, że o wysokości gaży wiedzą tylko dyrektor i główny księgowy. Dyskrecja eliminująca zawiści i podjazdy zawodowe. Dyrektor spodobał mi się, sprawiał wrażenie człowieka, który wie czego chce. Pogratulował mi mojego „wyczynu”, polegającego na tym, że nie bałem się rozpoczynać kariery od podłogi, zamiatania w obcym zupełnie kraju, by po zaledwie trzech latach zająć stanowisko zaoferowane przez niego. Pisałem do Kazi dnia 27-go lipca 1952 r.: „... z okien mojego hotelowego pokoju mam widok na zatokę. W nocy głaszcze mnie światło latarni morskiej, ulokowanej na pobliskiej wysepce. Rankami podziwiam urugwajskie wschody słońca. Powoli aklimatyzuję się. Praca jeszcze nie daje mi zadowolenia i tak jak bóle porodowe daleka jest od przyjemności. Znajduję się w próżni, którą muszę czymś wypełnić. W wyobraźni mojej kształtuje się obraz tego, co chcę zrobić, ale do zmaterializowania tego jeszcze nie pora... .” Kazia podciągnęła moją pracę do socjalistycznego technika normowania. Wyprowadzam ją z błędu: „normowanie pracy ma tutaj zupełnie inny charakter. Znacznie szerszy, bo mam więcej swobody w rozwiązywaniu problemów. Celem moich norm nie jest żyłowanie pracownika, staram się zwiększyć wydajność pracy bez równoczesnego wzrostu wysiłku robotnika. Racjonalizuję pracę, eliminując błędy obu stron: robotnika i nadzoru, szukam „podniet” do pracy, zwalczam monotonię pracy powtarzalnej itp. itp.. Nieraz drogą niewinnego i prostego zabiegu oszczędza się czas i wysiłek robotnika. Np. dzienne zestawienia produkcji przędzalni robiła jedna urzędniczka od chwili powstania fabryki, zużywając 2 1/2 godziny ze swych 8 godzin pracy. Nigdy nie wpadła na pomysł zrobienia odpowiednich tablic, przy pomocy których mogłaby uprościć kalkulację. 2 godziny mojej pracy pozwoliły na wykorzystanie 12 godzin w ciągu tygodnia, zdobytego tej urzędniczki na analizy laboratoryjne nici, zajęcie mające większą wartość aniżeli robienie zestawień przy użyciu archaicznych metod. Inny przykład: Na tym samym stanowisku, na dwóch różnych zmianach są różne wyniki produkcyjne. Przypartując się pracy dwóch kobiet, zauważyłem, że jedna ma dużo zerwań przędzy, co wpływa ujemnie na jej urobek. Przyczyną zerwań nikt się nie intersował. Może dlatego, że była tak prosta, że aż nie zauważalna. Wspomniana robotnica miała obfity biust
i przy nachylaniu się rwała przędzę. Po przesunięciu jej na inne stanowisko, gdzie biust nie przeszkadzał, wyrównały się wyniki na obu zmianach. O zakresie mojej działalności może Ci dać wyobrażenie o poleceniach dyrektora na tygodniowych odprawach ze mną. Oto one: Senor B. proszę się zająć pisemkiem fabrycznym p.n. „Lanzadera” (czółenko) bo robotnicy tracą zainteresowanie nim. Bęc i spełniłem rolę czasowego redaktora, inspirując zmiany na podstawie obserwacji pracy redakcji i zbadaniu treści kilku ostatnich numerów. System inwentaryzacji nie daje wyników. Zbadać i zasugerować zmiany. Jak się Senorowi B. wydaje, czy X podoła swemu zadaniu, czy go zmienić, czy dodać pomoc? Proszę przygotować pytania dla wprowadzonego przeze mnie systemu egzaminów dla wyłonienia nadających się do awansu... .”
Nic dziwnego, że już z końcem sierpnia otrzymałem podwyżkę 50 pesów do moich początkowych 300 pesów, w styczniu 1953 do 400 pesów, 1.IV.1953 do 450 pesów, 1.VII.1953 do 500 pesów tak, by 1 stycznia 1955 osiągnąć 1000 pesów.
W konkurencyjnej fabryce tekstylnej w Montevideo wybuchł strajk. Dyrektor poleca mi zbadać sprawę, by zapobiec ewentualnemu rozprzestrzenieniu się strajku na naszą fabrykę. Jakie dolegliwości należy usunąć? Polecenia dyrektora czynią moje życie zawodowe bardzo interesującym, nie mogę narzekać na nudy, ale też trzeba włożyć dużo inwencji i energii w niecodzienne zajęcie, by sprostać zadaniu. Trochę za szybkie tempo, co przypominało mi ostrzeżenie mego szefa
z Buenos Aires, by się nie spieszyć i dawkować rezultaty swojej pracy. Był zaskoczony moimi wynikami, gdy przyjechał na coś, co miało być kontrolą, a właściwie przyczyniło się do decyzji dyrektorskiej usamodzielnienia mojej sekcji od Buenos Aires. Przykro mi się zrobiło, bo wyglądało to na niewdzięczność wobec niego, ale ja nie wiedziałem co było grane, a w grze było uniezależnienie się mojego dyrektora i fabryki urugwajskiej od „patronatu” Sudamtex-u argentyńskiego. Ja byłem maleńkim kółeczkiem w tej maszynerii. Trzeba pamiętać, że argentyński „Sudamtex” uruchomił naszą fabrykę i szereg stanowisk obsiedli ludzie z Buenos Aires.
Przyglądając się kierownictwu fabryki stwierdziłem, że trudno byłoby sobie wyobrazić większą mieszankę narodowościową jak ta, której dodałem, nieobecny tutaj, nowy składnik polskości. Poczynając od dyrektora Amerykanina, jego zastępcy Żyda kanadyjskiego, i sekretarki Żydówki austriackiej, mieliśmy Argentyńczyków pochodzenia angielskiego, Włochów, Jugosłowianina, Francuza, Szkota, Duńczyka i Żyda rosyjskiego. Jedynymi Urugwajczykami na kierowniczych stanowiskach byli główny księgowy, szef personalny i radca prawny. To międzynarodowe towarzystwo żyło własnym życiem, przypominającym trochę Anglików w Indiach. Wpływały na to wysokie uposażenia, odgradzające tych ludzi od gorzej sytuowanych miejscowych notabli. Wprawdzie spotykaliśmy się na terenie takich stowarzyszeń jak np. Alianza Cultural Uruguay Estados Unidos, gdzie prawie natychmiast zaangażowany zostałem jako nauczyciel języka angielskiego, oczywiście godność honorowa, Yachting Club czy... .
Po paru miesiącach postanowiłem poszukać sobie domku, by zerwać z życiem hotelowym. Znaleziono mi bungalow z ogródkiem, który szybko zacząłem urządzać. Cieszyłem się tą zmianą, ale wkrótce pojawiły się obawy przed wsiąknięciem w... otoczenie tymbardziej, że zatrudniłem dochodzącą kucharkę, która sprząta i przygotowuje obiad. Jest Niemką z Prus Wschodnich z sekty Mennonitów co jest równoznaczne z powiedzeniem, że masz do czynienia z osobą uczciwą, pracowitą i sumienną. Mogłem się o tym już przekonać, bo zostawiłem jej klucz od domku. Dyrektor w jednej ze swoich rozmów ze mną, polecił mi wyszukać sobie kandydatkę na moją sekretarkę. Przypomniał mi o moim projekcie wyłaniania kadr kierowniczych i systemie awansów. Ogłosiłem coś w rodzaju egzaminu konkursowego, do którego zgłosiło się kilka kandydatek. Wygrała go ekspedientka sklepiku fabrycznego Maria Manzino, uchodząca za najładniejszą dziewczynę w fabryce. Okazało się, że miała maturę licealną a tylko dlatego, że nie miała „sponsora” wśród kierownictwa zakładu, utknęła na tak podrzędnej „posadzie”. Od niej dowiedziałem się o niemal handlu żywym towarem, któremu patronowali kierownicy wydziałów, od których zależały promocje, awanse i wogóle kariera dziewcząt w „Sudamtex”. Korzystając z informacji mojej sekretarki, zbliżyłem się do Urugwajczyka szefa biura personalnego i w szczerej rozmowie doszliśmy do porozumienia w sprawie próby rozwiązania tego problemu. Jose Alejandro Orona pochodzi ze starej rodziny trochę ostatnio zubożałej miejscowych notabli. Zaprosił mnie do domu rodziców, gdzie poznałem jego matkę i żonę. Ta ostatnia była pochodzenia niemieckiego i uczyła w miejscowej szkole. Zacząłem bywać u nich i przez nich zbliżyłem się do Urugwajczyków, którzy mieli krytyczny stosunek do Amerykanów i do ich dominacji w niektórych krajach latynowskich. Po pewnym czasie zauważyłem zmianę stosunku do mnie wśród robotników fabryki. Już nie byłem „gringo”, a zwracali się do mnie per „don”, co jest dużym wyróżnieniem dla cudzoziemca. Mówiono o mnie „El Polaco”. Rodziła się obupólna sympatia. W barze zauważyłem wysoko na półce stojącą flaszkę gdańskiej „Goldwasser”. Barman zapytany przeze mnie przypomniał sobie, że ta flaszka stoi tam od czasów przedwojennych, nieruszana ze względu na swoją osobliwość. Żartem spytałem go, czy by mi nie odsprzedał, ale nie zaraz, bo nie mam przy sobie tyle pieniędzy. Obawiałem się, że za „osobliwość” każe sobie dobrze zapłacić szefowi (nazywali nas „jefe”) z amerykańskiej fabryki. Oczywiście nie omieszkałem mu opowiedzieć o Gdańsku, jego związkach z Polską, źródle mego sentymentu do „kawałka ojczyzny” w dalekim Urugwaju. Bez słowa ściągnął flaszkę mieniącą się złotem, z półki i powiedział „bierz, a zapłacisz przy następnej okazji”. Odmowa transakcji poczytana była za obrazę i od tego czasu „Goldwasser” królowała w moim barku, budząc zaciekawienie u gości odwiedzających moje bungalow, wśród których najczęstszym był Alex Mac Gilliwray, Szkot, b.sierżant spod Tobruka, jedyny weteran wojenny w całej kadrze kierowniczej fabryki. O nim mówiono, że jest jednym z „ważniejszych” haremiarzy, wybierającego do swego działu kontroli (najlżejsza i najlepiej płatna praca) jakości najładniejsze dziewczęta z okolicy. Tam też była największa rotacja. Był to brat-łata, ale jego metody nie podobały mi się. Poznawszy zagadnienie od podszewki, przygotowałem program likwidacji „białego niewolnictwa”, przynajmniej jego wynaturzenia, bo nie wszystkie gorąco-krwiste kreolki buntowały się przeciwko temu systemowi selekcji. Co do tego nie miałem złudzeń. Wykorzystałem fakt dużej rotacji w dziale kontroli produkcji i na podstawie analizy kosztów tego zjawiska przekonałem dyrektora o konieczności rozciągnięcia mojego systemu awansów na całą fabrykę. Równocześnie dla odwrócenia uwagi od tego zjawiska przedstawiłem dyrektorowi plan radiofonizacji fabryki. Ze względu na duży hałas panujący w niektórych działach fabryki, udało się wprowadzić audycje muzyczne w takich działach, jak właśnie dział kontroli jakości produkcji. Dotknięci tymi inowacjami niektórzy kierownicy działów sarkali po kątach na ukrócenie ich „swawoli” i próbowali przeciwko mnie wykorzystać fakt zatrudnienia w mojej sekcji ładnej Marii, insynuując rzekomą niekonsekwencję, no bo jakże im nie wolno a temu „reformatorowi” to wolno? Z czasem okazało się, że najgłośniejszą opozycję stanowili kierownicy, którym dyrektor nie pozwalał zatrudnić u siebie tej pracownicy, pomimo ich starań. Po pięćiu miesiącach pracy w Colonii, dyrektor przydzielił mi młodego referenta z działu kadr, na którego zwróciłem mu uwagęn, jako na zapowiadającego się dobrego organizatora. A że miał zdolności literackie, nawet pisał wiersze i lubiał... .Don Quijote-a, szybko znaleźliśmy wspólny język. Moja sekretarka została przeze mnie ochrzczona „tiene razon” („ma Pan rację”), ponieważ co drugie słowo powtarzała ten właśnie zwrot. Była dobrym pasem transmisyjnym między mną a urugwajską załogą, którą zdążyła dobrze poznać, gdy pracowała w fabrycznym sklepie. Przekonana do mojej pracy dla robotników urugwajskich, jej ziomków, robiła mi „propagandę” wśród nich, o czym miałem się wkrótce przekonać w dość niecodzienny sposób. Pewnego wieczora „odwiedził” mnie pracownik z przędzalni, nazwiskiem Suarez i z miejsca w gwałtowny sposób zażądał ode mnie - abym się odczepił od jego narzeczonej, która jest moją sekretarką. Ma już dość tego, że ona przy każdej okazji śpiewa hymny pochwalne na moją cześć. Powoli, powoli, rozumiejąc powód jego oburzenia, wyrosłego na długoletnim wykorzystywaniu dziewcząt przez majstrów i kierowników, tłumaczyłem mu, że to właśnie m.in. dzięki jego narzeczonej, mogę zmienić sytuację kobiet w naszej fabryce, bo ona jest najlepszym dowodem, że można coś zmienić w tym trudnym problemie zależności kobiet od swoich pracodawców i ona dostarcza mi potrzebnych informacji. Nie wiedziałem jak skuteczna była moja argumentacja. Krewki gaucho kiwał z niedowierzaniem głową, może dotknięty w swej dumie „macho”, że ktoś może przejść obojętnie obok jego dziewczyny? Nie odważył się prosić mnie o dyskrecję. Wyszedłem mu naprzeciw, prosząc go by nasze spotkanie zachował w tajemnicy przed moją sekretarką, bo w przeciwnym razie będę musiał zrezygnować z jej pracy w mojej sekcji. Teraz dopiero zdałem sobie sprawę z tego, jakie demony poruszyłem wprowadzaniem „nowego” w zatęchłą atmosferę feudalnego światka.
W Montevideo firma nasza miała olbrzymie magazyny gotowych wyrobów. Wobec mnożących się skarg i reklamacji klientów dyrektor polecił mi zbadać sprawę. Kilka rozmów z klientami i obsługą magazynów pozwoliły mi na przygotowanie planu sanacji tej ważnej naszej placówki w odległym Montevideo. Wyjazdy wykorzystałem do zwiedzania stolicy tak ciekawgo kraju, jakim bezsprzecznie był Urugway. Kraj w którym w lecie pracowało się, myślę o administracji i samorządzie 4 godziny przed południem, a w zimie 4 godziny po południu. Na tle państw południowo-amerykańskich Urugway uchodził za amerykańską Szwajcarię i oazę pokoju społecznego, dzięki postępowemu ustawodawstwu socjalnemu. Poznałem tu jedną rodzinę polską z Przemyśla, wyznawców jakiejś sekty, w której pierworodny syn był czymś w rodzaju duchownego. W czasie sporadycznych odwiedzin unikali dyskusji na tematy religijne i nie próbowali mnie nawracać. Po kilkunastu wyjazdach do Montevideo przedstawiłem dyrektorowi plan reorganizacji magazynów, który natychmiast został wprowadzony w życie. Kierownik magazynu z ulgą żegnał się ze mną, bo nie poniósł konsekwencji bałąganu organizacyjnego, do zaistnienia którego w dużej mierze sam się przyczynił. Przyznał mi się, że myślał, iż ja go pozbawię pracy, która właściwie była ciepłą synekurką daleko od dyrekcji i do tego w stolicy, a nie na zapadłej prowincji. Przyglądając się pracy obsługi magazynów i transportu, stwierdziłem ze zdziwieniem, że większość tych robotników jest analfabetami i nie ma przed sobą żadnych perspektyw na lepszą pracę i tym samym na lepszy zarobek. Myślałem, że dokonałem odkrycia, ale w rozmowie z szefem biura osobowego Jose Alejandro Orona okazało się, że to żadna rewelacja, tylko, że to nikomu nie przeszkadzało.
W rozmowie z dyrektorem poruszyłem ten problem od strony interesu firmy. Trafiłem dobrze, bo dowiedziałem się o stratach, jakie ponosiłą fabryka na skutek błędów robotników transportu, dostarczających różnego rodzaju chemikalii, najdroższego skłądnika końcowego produktu. Na drugi plan zeszła szczytna myśl walki z analfabetyzmem i otwarcie perspektyw rozwojowych przed najmniej zarabiającą grupą, myśl która była mi bliższa aniżeli straty ponoszone dotychczas przez fabrykę. Dostałem placet dyrektora na organizowanie kursu dla analfabetów. Oczywiście zostawiłem pole do popisu Alejandro Oronie, i na pierwszej lekcji usiadłem sobie z tyłu, obserwując mego przyjaciela jak bryluje, nieświadom tego, że już obmyśliłem następny krok, a mianowicie otwarcie szkółki fabrycznej. Nauczycielką została matka jednego z moich młodszych kolegów senora Mendez. Po półrocznej pracy przeżyłem moment triumfu, gdy na zakończeniu kursu kilkunastu analfabetów produkowało się przed tablicą swoimi zdolnościami kaligraficznymi. Trochę mi było głupio, gdy później spotykani przeze mnie w czasie pracy robotnicy dziękowali mi za ten kurs, chociaż mnie się wydawało, że ja działałem za kulisami. Po tym sukcesie dostaliśmy pozwolenie dyrektora na zorganizowanie szkółki. Tu już trzeba było załatwiać formalności w ministerstwie oświaty i do Montevideo pojechałem z Alejandro Orona, który grał pierwsze skrzypce. Trzeba przyznać, że był... dobrym skrzypkiem. Wkrótce ruszyła szkółka, która stała się oczkiem w głowie dyrektora, szczególnie po artykule w prasie stołecznej o jego postępowości.
Czas mi szybko ulatywał między pracą i bogatym, urozmaiconym życiem towarzyskim. Dnia 5 marca 1953 r. gazety przyniosły wiadomość o śmierci Stalina. Na terminarzyku stojącym na moim biurku, czerwonym drukiem wypisałem po hiszpańsku „Un bandido menos” (o jednego bandziora mniej). Widocznie moja wścibska sekretarka podzieliła się tą informacją z mojego terminarzyka z koleżankami i kolegami, bo co chwila ktoś wpadał, by rzucić okiem na czerwony druk. Nie wszystkim podobało się moje określenie Stalina bandziorem. Działał już upływ czasu, przecież minęło 8 lat od zakończenia wojny. Od Kazi brak listów. Do braci w Argentynie nie mogłem wyjechać na święta, bo popsuły się stosunki między Urugwayem a Argentyną. W Urugwayu pojawia się coraz więcej emigrantów politycznych. Obawiam się, że mogliby mnie Argentyńczycy nie puścić z powrotem do Urugwayu na taki wątpliwej wartości paszport, jaki ja posiadałem. Zresztą konsul argentyński w Colonii, z którym grywałem w tenisa nie chciał tracić partnera i dlatego odradzał mi podróż na drugi brzeg La Platy.
Francuz żonaty z Angielką zaprosił mnie z okazji odwiedzin starej ciotki jego żony. Okazało się, że ta starsza pani (60 letnia) interesuje się astrologią, telepatią i chiromancją, ale nikomu z gości nie chciała uronić swej wiedzy tajemnej o przyszłości, pomimo usilnych próśb uczestników tej kolacji, broniąc się niemożnością nawiązania kotaktu z nimi. Pisałem o tym zdarzeniu Kazi z początkiem marca 1953 r.: „...zwróciła się do mnie bez mojej inicjatywy i wziąwszy moje dłonie
w swoje, utkwiła wzrok we mnie i zaczęła mówić o wszystkim, jakby to sama przeżywała. Powiedziała mi, że ja wszędzie czuję się obco, że chociaż udzielam się towarzysko i nie stronię od towarzystwa, jedynie fizycznie jestem obecny i nie nawiązuję kontaktu uczuciowego z nikim, chociaż jest dużo miłości w mym sercu, nie daję jej z siebie otoczeniu i że cierpię dużo i że szczęśliwa będzie ta osoba, przed którą otworzę tamy swego serca i ... że po upływie czterech miesięcy czeka mnie zmiana miejsca pobytu w wyniku długiej, dalekiej podróży... . „Jeden z kolegów dowcipny Mac Gilliwray wytłumaczył mi ostatnią część „wróżby”, twierdząc, że były to oświadczyny starej bogatej Angielki, która zamierzała spędzić w Urugwayu właśnie owe cztery miesiące!
Powiodła się próba wprowadzenia muzyki do pracy w fabryce i w ten sposób staliśmy się drugą fabryką, grającą, chociaż w niektórych tylko wydziałąch, w Urugwayu.
W rozmowach z robotnicami dowiedziałem się o ich trudnościach z praniem ubrań roboczych. Przedstawiłem problem dyrektorowi, sugerując, że fabryka, piorąc raz w tygodniu kombinezony robocze swoich pracowników, zyska na elegancji wyglądu robotników i wdzięczności żon i matek robotników odciążonych od tego obowiązku. Drobna rzecz, ale ważna w humanizacji stosunku między obcą, amerykańską administracją fabryki a jej miejscowymi, latynoskimi pracownikami, wystawionymi na propagandę krzykliwej i nielicznej grupki komunistów z Montevideo. Dyrektor wyrażając zgodę na mój projekt, żartobliwie nazwał mnie obrońcą robotników. Było to dla mnie ostrzeżenie, że należy być ostrożniejszym w przedstawianiu problemów tego rodzaju, bo taka etykietka może zaszkodzić mojej pracy.
Wprawdzie prasa argentyńska nie interesuje się zbytnio tym, co dzieje się na arenie światowej,
a już szczególnie w Europie, trudno by jej było nie zauważyć końca wojny koreańskiej, ogłoszonego z końcem lipca 1953. Rozpłynęły się nasze nadzieje na zmianę w układach międzynarodowych, która mogłaby umożliwić nam powrót do domu. Czuję, że sięgnąłem głębszego dna nawet od tego, na który opadliśmy w dniu zakończenia wojny 8.V.1945 r. Nie szukałem zapomnienia w alkoholu, nie pozwoliła mi na to praca, która na szczęście, pochłaniała mnie całkowicie. W dalszym ciągu nie mogę się ruszyć stąd, by choćby pojechać do Buenos Aires na ślub Zbyszka, któremu akuratnie teraz zachciało się zapuszczać korzenie w Argentynie. Żona jego jest Argentynką. Wokół mnie urodzaj ślubów: 17.X.1953 r. moja sekretarka Maria Manzino zmieniła stan i nazwisko na Suarez. W tym roku dostałem „a”ż dwa listy od Kazi. Z końcem tego miesiąca otrzymałem od Danki z Zagórza list Kazi do niej. Rzucił on wiele światła na ten okres naszych stosunków. „... nie gniewaj się Danko, że tak długo nie pisałam. Ciągle jeszcze jestem chora, a teraz jakoś trudno mi uwierzyć w to, bym kiedyś mogła jeszcze wrócić do formy. Byłam u kilku lekarzy, a żaden z nich nie wie, co mi jest. „Nerwica ogólna” to słyszę najczęściej, przyjmowałam różne świństwa na uspokojenie, ale długo ono nie trwa. Wyglądam teraz jak stara baba z żółtą, chudą gębą i tysiącem zmarszczek. Serce też nie zawsze jest w porządku, a najgorzej męczy mnie duszenie w piersiach i gardle... ...zaraz po 1.XI.1953 przenoszę się do Biskupic... przeklęłam tę obrzydliwą dziurę w której mieszkam dotychczas. Ciągle denerwują mnie karaluchy, brak miejsca i w ogóle nie chce mi się nic robić w domu. Czuję się fatalnie. Danko, do Ceśka napisałam w parę dni po wysłaniu listu do Ciebie. Niestety nie mam do tej pory odpowiedzi. Wszystko się jakoś na mnie uwzięło. Co ja mu teraz mogę napisać? Zrobisz chyba przysługę Jemu, gdy wyręczysz mnie i doradzisz Mu, aby pomyślał o sobie. Mnie jest naprawdę bardzo ciężko myśleć o tym, a cóż dopiero wykonać to! Zresztą może jednak jakoś wybrnę. Sama nie wiem, co mam robić.”
Ona tam walczy z pluskwami, choruje i załamuje się, a ja tymczasem opływam w dobrobycie, zmieniam bungalow na apartament w nowo zbudowanym domu, mebluję mieszkanie meblami dyplomaty wenezueskiego, cieszę się powodzeniem w pracy, a jednak, gdy opada napięcie dnia, szczegółnie w bezsenne noce odczuwam samotność i narastającą beznadziejność. Jakiż to cud może mnie przenieść na „ojczyzny łono”? Z upragnieniem czekam nowego dnia, by znów zanurzyć się w pracy, w ciągłym ruchu, by nie wracać myślą do tego, co coraz bardziej oddala się od możliwości realizacji. A tu z kraju zamiast zachęty, słowa rozpaczy: „pomyśl o sobie!” Trochę czasu musiało upłynąć zanim zdobyłem się na odpowiedź, która wywołała taką reakcję ze strony Kazi: „... jakoś smutno mi było po przeczytaniu Twego krótkiego listu. Niewiara, zwątpienie, chłód, żal i trochę czegoś, nie wiem jak to nazwać, ale w każdym razie nie Twojego, przebija z tych kilku słów. Ja wiem i dobrze czuję, jak bardzo smutno i obco Ci tam musi być, jak źle się czujesz między ludźmi obcymi, chociaż może przywiązanymi do Ciebie. Nie ma chyba dnia, bym nie myślała o Tobie. Ty tego nie wiesz i nie czujesz jak bardzo i ja zawsze myślę o Tobie... wiem, że moje milczenie sprawia Ci przykrość, mnie także denerwuje i boli brak wiadomośći od Ciebie, ale cóż mogę poradzić, jak pokonać tę odległóść, jak przybliżyć tę przebrzydłą drugą półkulę?... ..przeglądałam przed chwilą Twoje dawniejsze listy. Straszna różnica w formie, treści i objętości listu. Czy to tylko moja wina? że teraz jest trochę inaczej? Już od kilku dni zabieram się do napisania do Ciebie, ale zawsze mi to jakoś nie szło. Coś mi tam szepce, że już nie czekasz, że nie myślisz ani chcesz... .”
Rok 1954 był trudnym dla nas rokiem. Z jednej strony pasmo powodzenia w pracy, w której moja pensja została podwojona w stosunku do początku mojej kariery, a z drugiej takie stwierdzenie Kazi: „... brak odpowiedzi na trzy listy i kartkę może odebrać ochotę do pisania... ” W listopadzie 1954 r. tłumaczyłem się... kolcem wbitym w palec prawej ręki, który trzeba było operacyjne usuwać, ale też obiektywnie stwierdziłem, że zgubny wpływ na mnie wywiera dobra pozycja, jaką zajmuję w fabryce. List niewysłany przez miesiąc, otrzymał dopisek: „zdaję sobie sprawę z niebezpieczeństwa i zaczynam się bronić... .” Jeszcze starczy entuzjazmu dla przygotowania do otwarcia w fabryce szkoły przemysłowej i gabinetu psychotechnicznego, ale gdzieś zniknęło dawne zadowolenie z osiąganych celów, nawet słowa uznania wypowiadane w obcym języku - nie cieszą.
Genewska konferencja w sprawie Korei i Indiach zaklepała w roku 1954 granice wpływów między dwoma blokami światowymi, co dla nas oznaczało odłożenie nadzei na zmiany „ad Calaendas Graecas”. Usunięcie Berii w ZSSR, zaznaczone w moim terminarzyku hasłem „otro bandido se fue”, wskazywało na jakieś zelżenie reżymu sowieckiego. Teraz trzeba jeszce poczekać, by się zorientować co to wszystko znaczy. Nie było nawet z kim porozmawiać na temat tych wydarzeń w Europie, bo one wcale nie przyciągały uwagi ludzi wśród których płynęły moje dni. Jedynym wyjątkiem był właściciel księgarni, który zaopatrywał mnie w literaturę hiszpańską. Chętnie ze mną wymieniał poglądy, świadczące o jego szerokich zainteresowaniach. Interesowała mnie socjologia i psychologia. Sprowadzał dla mnie książki i niewiadomo kiedy zbudowałem sobie księgozbiór, nie zastanawiając się nad tym po co ja to robię, przecież nie zabiorę tego ze sobą do Polski. Pełno było sprzeczności we mnie, które ostatanio jakby nabierały kolorów. Kupiłem starego Forda z zamiarem zwiedzenia Urugweayu. Prawo jazdy załatwiła jedna kolacja z właściwym urzędnikiem, który odwrócił głowę, gdy w czasie tzw. egzaminu ruszyłem z kopyta. Działo się to na dużym placu, dzięki czemu nikt nie doznał uszczerbku. Zbliżał się karnawał 1955 r. W tym czasie Orona kupił również samochód i postanowiliśmy ruszyć w podróż po Urugwayu z zamiarem zobaczenia karnawału w Brazylii. W starym, zachowanym do dziś, kalendarzyku z roku 1955 zanotowałem trasę, która wiodła przez następujące miejscowości: Rosario, Cardona, Trinidad, Durazno, Paso de Los Toros, Tacuraembo, Rivero. W Livramento przekroczuliśmy granicę, co się faktycznie sprowadzało do przejścia z jednej strony ulicy na drugą i byliśmy w Brazylii. Dzięki korzystnej wymianie urugwayskiego peso na brazylijsie cruzeiros mogliśmy się szampańsko zabawić i poznać uroki brazylijskiego karnawału. Zrobiliśmy zakupy, zaopatrzyliśmy się w duże ilości rumu i w drogę powrotną. Ostrzeżeni o bezprawiu policjantów w tych niezaludnionych okolicach przygranicza, wypatrywaliśmy posterunków, a raczej „milicos” (policjantów) świecących latarkami. Taktyka była następująca: na znak światłem zwolnić i natychmiast przy mijaniu posterunku dodać gazu, manewrując kierownicą tak, by miloco nie zdążył namierzyć się. Działanie ich było bezprawne, chodziło o wymuszenie haraczu. Droga szeroka, piaszczysta umożliwiła ucieczkę. Obserwujący z tyłu moją jazdę Orona, oczyma wyobraźni już widział cztery koła mego forda kręcące się w powietrzu, po lądowaniu samochodu „na plecach” w przydrożnym rowie. Zdawał sobie sprawę z mojego braku doświadczenia, jako miesięcznego rajdowca. W każdym razie skończyło się dobrze, bo ani jedna butelka rumu nie stłukła się. Droga powrotna wiodła przez Tacuarembo, Valle Eden, Paysandu, Fray Bentos, Marcedes, Dolores, Nueva Palmira, Carmelo. Zmęczeni ale zadowoleni wróciliśmy do Colonii. Wspaniała podróż, 2000 km na liczniku.
Wokół prywatnego lotniska skupiło się kilku entuzjastów latania, głównie pracowników „Sudamtex”-u. Jako „balast” latałem z Amerykaninem Quinem. Sport ten był raczej drogi i dlatego ograniczaliśmy się tylko do zrobienia kilku rundek dookoła lotniska. Stałym gwoździem naszego programu były niekończące się turnieje tenisowe na korcie nowo-otwartego hotelu „Mirador”. Do stałych gości należeli: Milne z żoną, konsul argentyński, kibicowany przez niegrającą żonę, Pola Solares córka deputowanego do parlamentu urugwajskiego, kuzynka Orony, spędzająca wakacje w Colonii. Gdy zmierzch wypędzał nas z kortu kroki nasze kierowały się do „Yacht-Clubu”, gdzie na przystani siadaliśmy do kolacji, by zakończyć dzień na dancingu w miejskim kasynie „Centro Cosmopolita”. Posiadanie samochodu pozwoliło na robienie wypadów do Montevideo, gdzie ojciec Mac Guillivraya czekał na syna z rozpoczętą flaszką whisky. Mac znająć szkockie zwyczaje swego ojca, który puktualnie o 17-tej otwierał butelkę, popędzał mnie po drodze do szybszej jazdy, by zdążyć, jak on to mówił „na ceremoniał wodowania” Johny Walkera.

Dyrektor uprzedzając kłopoty z pracownikami miejscowymi, którzy po kilku latach istnienia fabryki, na tyle nabrali cech robotników fabrycznych, że zaczęli ogranizować się pod wpływem kilku komunistów z Montevideo, postanowił ogłosić w dzienniku urzędowym układ zbiorowy. Opracowanie jego polecił adwokatowi miejscowemu Urugwajczykowi i mnie, z tym, że sam wstawił stawki zarobków dla poszczególnych stanowisk pracy, podając nam do układu dolną i górną stawkę w ołówku. Adwokata i mnie uderzyła duża rozpiętość między nimi i jak domyśliliśmy się, miało to być pole do manewru: dyrektor chciał okazać się „łaskawym”, z góry zakładając, że będzie musiał „ustąpić” i zgodzić się na górną granicę. Przy tłumaczeniu tekstu angielskiego na hiszpański ja dyktowałem adwokatowi wyższe stawki, podane w ołówku. Układ zabrał adwokat do ministerstwa pracy w Montevideo i po paru tygodniach ukazał się w dzienniku urzędowym. Dyrektora zdziwiła cisza ze strony robotników, nikt nie protestował i wtedy przyglądnął się dziennikowi urzędowemu. Wybuchła bomba. Adwokat podejrzewał mnie, ale jego patriotyzm urugwajski nie pozwolił mu skompromitować mnie w oczach dyrektora a ja zrzuciłem winę na nieporozumienia językowe i jakoś sprawa przyschła. Wywiad szefa kadr Orony doniósł mu o przepędzeniu agitatorów komunistycznych, których ten układ zbiorowy pozbawił argumentów, bo ich przewidywania o niskich stawkach nie sprawdziły się. Jak się wkrótce miało okazać był to ostatni mój wyczyn, do autorstwa którego do końca nie przyznawałem się.
W sąsiedniej Argentynie wrzało. Pewnego dnia, gdyśmy usiedli na lotnisku cywilnym po krótkim przelocie, rozległ się głośny szum i nad lotniskiem ukazały się trzy odrzutowce argentyńskie.
Z ciekawością obserwowałem te potężne maszyny, dla mnie zupełnie coś nowego w dziesięć lat od zakończenia wojny na „śmigłowcach”, podchodzące do lądowania na trawiastym lotnisku bez betonowych wybiegów, wymaganych przez ten typ samolotu. Jak one zmieszczą się na tym krótkim polu trawiastym? Zapomniałem o tym, by się zdziwić co one tu robią, podczas gdy piloci argentyńscy z maestrią godną Rafu wylądowali. Kilku z nas podbiegło do samolotów, których piloci zachowywali się wstrzemięźliwie, upewnili się, że wylądowali w Colonii. W jednym z samolotów zauważyłem cywila. Zawiadomione dowództwo wojskowe przysłało eskortę, która zaopiekowała się Argentyńczykami, uciekinierami spod reżymu peronistów. Gdzieś ktoś przyniósł plotkę, że te samoloty zbombardowały Casa Rosada, siedzibę Perona i Evity. Od braci z Argentyny dowiedziałem się o prześladowaniach księży a nawet kiilku przypadkach podpalenia kośćiołów. Manek dał
u siebie w domu schronienie polskiemu księdzu z Quilmes ks.Walkowskiemu, którego przebrali
w cywilne ubranie. Był to nasz dawny kapelan lotniczy. Od chwili otrzymania od Kazi wolnej ręki w urządzeniu sobie życia w Urugwaju narastał między nami kryzys. Mijały miesiące bez odpowiedzi z jednej albo z drugiej strony. Tak dłużej nie można było trwać w tym prowizorium, trzeba było podjąć decyzję. Jeszcze wciągnięto mnie w przewiezienie, późniejszego ministra spraw zagranicznych Argentyny, jeżeli dobrze pamiętam Ordoneza, z Montevideo i przerzucenie go do Buenos Airos w parę dni po upadku Perona a już moja aktywność jakby usiadła. Przyczynił się do tego, w dużej mierze wyjazd dyrektora Murphy-ego na trzymiesięczny urlop do Stanów Zjednoczonych, którego byłem w końcu prawą ręką. Rządy w fabryce przejął jego zastępca Cohen, młody karierowicz Żyd kanadyjski. Zostawił mnie w spokoju, co dla mnie oznaczało dużo czasu na przemyślenia. W sierpniu 1955 r. zdecydowałem się na powrót do kraju. Zastępca dyrektora nie chciał przyjąć mojej rezygnacji, chciał bym zaczekał do powrotu mr.Murphy-ego. Mnie to nie odpowiadało, bo trudna byłaby rozmowa z człowiekiem, który uważał, że ja byłem jego tworem, z którym on wiązał nadzieje, a tu spotyka go zawód z mojej strony. Postanowiłem strzelić z wielkiej armaty i... zażądałem 50 % podwyżki w przekonaniu, że na to nikt się nie zgodzi. Czułem, że stawiam wszystko na jedną kartę, jeżeli teraz nie odejdę, to chyba tu zostanę. Na szczęśćie mr.Cohen odmówił, prosząc o namyślenie się, na co ja, może niegrzecznie, odpowiedziałem, że jeżeli nie jestem wart tej podwyżki (powiedział to człowiek, który nigdy nie zwracał się z żadną prośbą do dyrekcji, będąc pewnym, że podwyżki go nie ominą) to odchodzę z końcem miesiąca, na dwa miesiące przed powrotem Murphy-ego. Wyprowadzony z równowagi młodszy ode mnie akcjonariusz korporacji w poczuciu swej ważności rzucił, „może Pan odejść choćby zaraz”. W tym momencie poczułem się wolny, skończyły się wahania, targanie się ze samym sobą i zamknąłem za sobą drzwi.
Teraz stanął przede mną problem likwidacji moich spraw w Colonii. Trzeba było sprzedać umeblowanie, samochód i... pożegnać się z wieloma ludźmi, którzy zupełnie nie rozumieli mojego gwałtownego zerwania ze wszystkim. W oczach Urogwajczyków rezygnacja z takiej kariery... podejrzana. W swej niechęci do jankesów gotowi byli robić ze mnie ofiarę amerykańskiego żarłocznego kapitalizmu. Trudno mi było wyprowadzić ich z błędu, w końcu wyznałem, że idę za popędem serca, które mnie ciągnie do Polski. W pustym mieszkaniu została jeszcze sterta książek, które załadowałem do samochodu i zawiozłem do liceum, gdzie nauczycielki z zaskoczeniem odczytywały tytuły książek nie spodziewając się ich znaleźć u „gringo”. Jednym darem podwoiłem księgozbiór liceum. Klucz od mieszkania oddałem gospodarzowi i teraz zaczęły się kłopoty z moim wyjazdem. Zamieszki w Argentynie postawiły w niejasnej sytuacji dotychczasowego konsula argentyńskiego, sam nie był pewny swojej pozycji nic dziwnego, żę odmówił mi pomocy. Byłem w stanie zawieszenia od 5.VIII do 14.X.1955 r., kiedy to urzędnik celny, krewny Orony wprowadził mnie „tylnymi drzwiami” na statek argentyński i pomógł w porcie w Buenos Aires zejść na ląd w charakterze swego pomocnika. Do dzisiaj nie wiem jak on załatwił mój bagaż, który już czekał na mnie na stole argentyńskiego celnika. W porcie nikt na mnie nie czekał, bo mój tyle razy odwlekany przyjazd, nie był awizowany. Pierwszy krok w kierunku kraju ojczystego został już zrobiony.
Znowu w Argentynie.
Dnia 18-go października 1955 r. tak pisałem do Kazi: „... z adresu na odwrocie koperty” (była to odpowiedź na jej list z lutego („widzisz, że znów jestem w Argentynie, tym razem jest to pierwszy etap na drodze powrotnej. W ostatnim roku, gdy stanąłem dobrze „na nogach” gdy przyszłość moja z tej strony oceanu została zapewniona, poparta dobrym stanowiskiem, uznaniem u przełożonych i szacunkiem u podwładnych itp. itp., pomimo wszystko nie znajdowałem zadowolenia z samego siebie. Dobrze wiedziałem co było tego powodem. Nie mogę powiedzieć, że nie starałem się zagłuszać tego „głosu” upartego lub zacierać obraz, który wracał do mnie każdym razem silniejszy i krzyczał do mnie. Ostatnio korespondencja nasza była bardzo skromna, bo chciałem dojść do mojej decyzji bez Twego wpływu. Gdy w Twoim ostatnim liście z lutego 1955 radziłaś mi ożenić się w Urugwaju przyjąłem tę radę i... zacząłem likwidować moje sprawy w fabryce... po otrzymaniu odpowiedzi od Ciebie rozpocznę starania w konsulacie „czerwonym” o paszport... do mamy nie pisałem o moich planach, może Ty ją powiadomisz ...zdaję sobie sprawę z tego, co robię i jedynie odwieść mnie możę od tego postanowienia Twoje „nie kocham Cię”, ale i w tym przypadku przyjadę, by usłyszeć to z Twoich ust... .”
Bracia moi, gdy dowiedzieli się o moich planach, zgodnym chórem zakrzyknęli: „Wariat! Czy ty sobie zdajesz sprawę z tego dokąd ty jedziesz?” Gdy opadły emocje, przekonałem ich przynajmniej co do tego, że nie zapomniałem łagrów, że jestem przygotowany na jakiś okres, może rok na więzienną reedukację, ale dłużej na zmianę nie mogę czekać. Emigracja polityczna zrobiła swoje, nie staliśmy się 17-tą republiką, a ja nie zmieniłem się, jadę z powodów czysto osobistych, im dobrze znanych. Nie przekonywujmy przekonanego i rozejdźmy się każdy ze swoim tak, by sobie nie zakłócić tych kilku tygodni, które mi zostały. Jeszcze próbowali z innej beczki: nie jedź na zimę do kraju, jedź latem, by aklimatyzacja była łatwiejsza. Odpowiedziałem krótko: chcę tam zacząć od dna, dlatego wybieram zimę, wezmę jak najmniej rzeczy, a pieniędzy wogóle brać ze sobą nie będę, dolary zostawiam wam.
Od tego czsu nikt nie wracał do tematu, chodzili koło mnie, jak koło skazańca, na paluszkach. Wydawało się, że wybrałem odpowiedni moment.
W Europie zaczęto doszukiwać się jakichś zapowiedzi odwilży w stosunkach między światem zachodnim a krajami z za żelaznej kurtyny. Śmierć Stalina, potem Berii, konferencja genewska wskazywały na to, o tym będę mógł przekonać się, gdy zajadę do konsulatu PRL w Buenos Aires. Ale zanim tam się zjawiłem, odwiedziłem lekarza, który moje bóle żołądkowe określił ogólną nerwicą w wyniku stresu jaki przechodzę.
Był to Niemiec, który gdy się dowiedział o moim postanowieniu wyjazdu za żelazną kurtynę,
w nim dopatrywał się źródeł mojej choroby. Ostrzegł mnie, bym nie liczył na szybkie wyzdrowienie, bo po tym stresie, po przyjeździe do kraju pojawi się następny, może gorszy. Odwlekałem wizytę w konsulacie.
Odpowiedź na mój list była niemal błyskawiczna: „Tak bardzo się cieszę z zamierzonego Twego powrotu, że na wyrażenie tego słowami brak mi określeń. Uczuć moich nie zmieniłam, tego możesz być pewnym... jeżeli powrót Twój jest Twoim przemyślanym głęboko postanowieniem, wynikającym z przekonania o jego właściwości i słuszności - wracaj natychmiast! ...jeżeli to tylko kaprys robienia sobie na złość - to zastanów się jeszcze nad tym. Mimo Twojej przeszło 15-letniej nieobecności, kocham Cię tak, jak wtedy gdy odchodziłeś, ale właśnie dlatego nie chciałabym abyś się czymś mógł zrazić... mam na myśli warunki, w jakich tu żyjemy... ..już odwykłeś od codziennego borykania się z trudnościami... Ty nie myśl o mnie jak o celu czy przyczynie powrotu... czytałam dziś w prasie wypowiedzi Polaków, którzy wrócili z Argentyny, Brazylii i Francji. Skarżyli się na bardzo ciężkie warunki życia za granicą...”
Zacząłem przestawiać się psychicznie na zetknięcie się z komunizmem w zniewolonej Polsce.
A więc oszczędności trzeba zostawić Mankowi, któremu pomogą one przy zakupie parceli pod budowę domu. W kraju punkt startowy: zero. Mając 38 lat, przeciwnik systemu, nie mający żadnego zamiaru na zmianę przekonań, znajdę się w nieprzyjaznym, co najmniej środowisku. Z takim nastawieniem mogę wreszcie pójść do konsulatu. Gdy wyjeżdżałem z siedziby moich braci, patrzyli na mnie jak na skazańca. Nadrabiałem miną, ale tak samo bym spojrzał na któregokolwiek z nich, gdyby role były zamienione.
W eleganckiej dzielnicy Buenos Aires konsulat mieścił się w budynku ambasady. Już u wejścia zmroziła mnie tablica z orłem bez korony i „Polska Rzeczpospolita Ludowa”. Spojrzałem na cerbera o wyrazie twarzy dobrze mi znanym z ZSSR, tępy, nieprzyjazny typ. Konsul traktował mnie jak zapowietrzonego, per „obywatel”, na co zwróciłem mu uwagę, że jeszcze wciąż jestem
w Argentynie. Przełknął, przekazał mi informacje, z których wynikało, że obecnie przeprowadzają akcję wśród Polaków za granicą, nazywaną przez nich „reemigracją”. Po złożeniu podania obiecał załatwić wszystkie papierki i na koniec zapytał mnie, czy chcę skorzystać z pomocy konsulatu
w zakupie biletu na statek. Odpowiedziałem, że pokryję koszty, wobec czego skierowali mnie do ajencji linii okrętowej „Dedero”.
Ostatnie Boże Narodzenie spędziłem z braćmi w Quilmes w gronie rodzinnym. Manek z Giną mieli już córeczkę Krystynę, Zbyszek po ślubie z Marią... Wacek i ja. W drugi dzień świąt wypiłem ostatni kieliszek alkoholu i od tego czasu postanowiłem nie zaglądać do flaszki. Nie paliłem, czyli można powiedzieć, że wróciłem do. ...harcerstwa.
Dnia 12-go stycznia 1956 r. cała rodzina, łącznie z małą Krystyną, odwiozła mnie do portu. Pożegnanie było krótkie, po trapie wszedłem na pokład polskiego statku „Waryński”. Dwoma nogami stanąłem na terytorium PRL, klamka zapadłą. Wyobrażałem sobie, co czuli moi bracia, a sam tymczasem na wszystko patrzyłem szeroko otwartymi oczami: na milczącego kapitana, na polskie napisy na statku, na obojętnie przypatrujących się nam pasażerom (oprócz mnie była uczestniczka Powstania Warszawskiego, podoficer zawodowy z Białegostoku i dwóch Rosjan), marynarzom, na polską banderę, szukałem politruka. „Waryński” to frachtowiec, na którym były chyba cztery kabiny pasażerskie. My polscy pasażerowie jakoś unikalliśmy swego towarzystwa, różniły nas powody powrotu: oni wracali, bo im się nie powiodło na emigracji, swoje nieudacznictwo pokrywali pobudkami patriotycznymi, ja nie ukrywałem że mną kierowały powody rodzinne.
O godzinie 21-ej „Waryński” podniósł kotwicę i ropoczął podróż powrotną do kraju. Następnego dnia zatrzymaliśmy się w Montevideo, gdzie nabraliśmy wodę z „Surf Pioneer”. Następny postój w Rio de Janeiro w dniu 17.I.1956 r., wymuszony koniecznością zabrania członka załogi porżniętego nożami w czasie poprzedniego rejsu. Tutaj kapitan „Waryńskiego” potraktował mnie obcesowo, żeby nie powiedzieć wrogo, gdy widząc trudności w porozumieniu się z Brazylijczykami, przekazującymi rekonwalescenta, chciałem pomóc. Lepiej rozmawiać rękami aniżeli skorzystać
z pomocy kogoś, kto „spóźnił się” z powrotem do kraju. Następnego dnia po odbiciu od kontynentu południowo-amerykańskiego zainteresował się mną zastępca kapitana staku dla spraw politycznych, czyli politruk Lewandowski. Zaprosił mnie do swojej kabiny. Dobrze, że się „przedstawił”, że był tokarzem bo to ułatwiło mi rozmowę z nim. Pierwszy rzut oka mojego, po wejściu do jego kabiny odbił się od granatowego muru dzieł Stalina, rozciągającego się na półce nad biurkiem. To, co w naszych marzeniach miało być sagą powrotu żołnierza- tułacza na ojczyzny łono, staje się „science fiction”, którego pierwszym rozdziałem staje się awans społeczny. Przykładem jego jest tokarz po 4 klasach szkoły powszechnej, „któremu pańska Polska nie pozwoliła rozwinąć skrzydeł”, a komunistyczny system awansował go na zastępcę kapitana d/s politycznych, czyli stróża sumienia załogi. Pierwsze jego pytanie dotyczyło mojej opinii: „Jak się wam żyło w Argentynie?” Nie miałem zamiaru politykować z nim, więc powiedziałem, że mogę mówić o sobie a nie o nieokreślonych „Onych”, i mnie powodziło się bardzo dobrze. To dlaczego Pan (pierwsza runda dla mnie) wraca? „Z powodów rodzinnych a nie patriotycznych!” Zobaczyłem na biurku kilka książek wydanych po wojnie w kraju. Skorzystałem z tego, by skierować rozmowę na inny temat: „chcę zapoznać się z tym, co się w kraju dzieje od końca wojny, czy nie mógłby mi pan pożyczyć kilka książek, bo podróż jest długa i trzeba jakoś wypełnić sobie ten czas?” Skierował mnie do biblotekarza i na tym skończyła się rozmowa, pierwsza i ostatnia z politrukiem, który przy okazjonalnych spotkaniach pozdrawiał mnie lisim uśmiechem.
Załoga w stosunku do kilku pasażerów zachowywała się obojętnie, nie zbliżąła się do nas, żyjąc własnym rytmem narzuconym przez pracę. Jedynym przyjaznym człowiekiem okazał się ochmistrz statku, młody człowiek pochodzący z Lublina, który nie darzył mnie ponurym spojrzeniem. Od niego dowiedziałem się, że część załogi stanowią Grecy, członkowie komunistycznej partyzantki greckiej, którzy osiedlili się w Polsce. Wciąż dowiaduję się czegoś nowego. Najwięcej tego „nowego” w książkach wypożyczonych z biblioteki „Waryńskiego”, które połykałem dziesiątkami. Na marnym papierze, wydane przez „Czytelnika” wychwalające w sposób prymitywny wspaniałe osiągnięcia komunizmu i piejące peany na cześć człowieka sowieckiego, pełne pogardy, lekceważenia i nienawiści do Polski przedwojennej, której upadek otworzył m.in. drogę do „awansu społecznego”.
Dnia 21-go stycznia 1956 r., gdy byłem pogrążony w lekturze nowej literatury „polskiej”, wyciągnęło mnie z kabiny, zaproszenie na pokład. Drugi rozdział polskiego „science fiction”. Słoneczny dzień, na krzesłach wystawionych na pokładzie siedzi załoga statku, z tyłu kilku nas pasażerów,
a znad pulpitu grzmi nasz politruczek na cześć... Lenina. Dowiedziałem się, że czczą jakąś rocznicę z życia nieśmiertelnego Lenina. Jakże inny obraz Lenina od tego, który wyniosłem z lektury Ossendowskiego! Nie wiedziałem gdzie utkwić wzrok. Zacząłem się zastanawiać, czy ja nie przeceniłem moich sił, decydując się na podróż za żelazną kurtynę, skąd nie ma powrotu? Czyżby Polacy aż tak się zmienili, aż tak nisko upadli?
26-go stycznia przekroczyliśmy równik. Nie było żadnej uroczystości z tej okazji. Dla mnie to już czwarte takie przekroczenie. 27 stycznia 1956 r. zacumowaliśmy w Dakarze, obok jakiegoś węglowca, burta w burtę. Jego pokład trochę niższy od naszego, zachęcający do skoku. Taka myśl powstała w mojej skołowanej głowie: lektura książek i akademia ku czci Lenina mocno nadwyrężyły moją odporność. Odszedłem od burty, jak od zakazanego owocu. Ostatnia okazja, bo następny postój już w PRL-u. Po nabraniu ropy i wody „Waryński” o godzinie 14 pożeglował w kierunku Europy. Dnia 28-go stycznia 1956 r. spotkaliśmy się z polskim statkiem „Swarożyc” i tego samego dnia o godzinie 22-ej mijaliśmy latarnię morską na Gran Canaria. Dnia 1-go lutego zboczyliśmy z kursu, by wysadzić chorego kucharza na Maderze, 2-go lutego o 8-ej rano byliśmy na wysokości Gibraltaru, przesunęliśmy wskazówki zegarków o jeszcze jedną godzinę, w sumie od wypłynięcia z Buenos Aires, trzy godziny. Dnia 3-go lutego już chłodno, trzeba było ubrać się cieplej.

Pierwszy chłód kazał mi przypomnieć sobie o moim postanowieniu, by do kraju wybrać się na zimę i następny etap mojego życia zacząć od najgorszych warunków, co miało mi „ułatwić” aklimatyzację w kraju. Wspomnienia chodzą parami: stanął mi przed oczyma Wielki Piątek 1940 roku, kiedy to urządziłem post jednodniowy na kromce chleba i szklance wody, przygotowując się w ten sposób do ewentualnego więzienia sowieckiego.
Zaskoczony byłem ilością polskich statków spotykanych po drodze 4-go lutego spotkaliśmy się na Zatoce Biskajskiej z „Bytomiem”, następnego dnia „Kolno”, mijając z prawej strony Brest, a o 16-ej zamajaczył brzeg angielskiej wyspy Guernsey. 6-go lutego we mgle opuszczaliśmy Kanał Angielski i wpłynęliśmy na Morze Półńocne. Mgła nas nie opuszczała. Po raz czwarty przesuwamy wskazówki zegarka. Następnego dnia wchodzi na statek pilot niemiecki, by przeprowadzić nas przez Kanał Kiloński. Na Łabie kra lodowa. 8-go lutego o 6-ej rano wpłynęliśmy na Bałtyk. Ujrzałem pierwszy śnieg od wielu lat. Brzeg duński zupełnie zaśnieżony. Dnia 9-go lutego 1956 r. byliśmy na wysokości polskiego portu Ustka. O godzinie 10-ej, do Gdyni pozostało już tylko 120 mil, o czym dowiedziałem się w przejściu od nawigatora, który wreszcie odezwał się do mnie tą dobrą (widocznie dla niego) nowiną. O 17-ej przebiło się do nas światło latarni morskiej w Rozewiu. Dnia 10-go lutego 1956 roku, o godzinie 2:50 przebudziła mnie cisza, ustała praca maszyn i kołysanie. Byliśmy w Gdyni.
Mając w pamięci port i miasto Krasnowodsk, z opustoszałymi ulicami i przeraźliwą pustką w porcie, nie powinno mnie dziwić, że port w Gdyni, w miejscu gdzie do nadbrzeża dobił malowniczo oblodzony „Waryński”, było odgrodzone drutem kolczastym i ziejące przeraźliwą pustką. Na obserwację nie pozostawało wiele czasu, bo wszczął się ruch wśród załogi a przy trapie zjawiła się skromnie ubrana pani, o której, przyjaźnie ustosunkowany do mnie ochmistrz, powiedział, że to przedstawicielka Polskiego Czerwonego Krzyża, zajmująca się „reemigrantami”. Pierwszy przykład nowo-mowy. Okazało się, że pani z PCK szukała mnie, by mi przekazać informację o czekających na mnie w Gdańsku „jakiejś pani z panem”. Po trapie zszedłem na beton portu i stanąłem twarzą w twarz z młodym kapitanem WOP-u w sowieckiej uszance i butach z dermy. Gdybym chciał spełnić marzenia o powrocie na ojczyzny łono, klęknąć i ucałować wytęsknioną ziemię polską stanął mi na przeszkodzie buty wopisty z sowieckiej dermy, przygniatające najbliższe centymetry kwadratowe objektu miłości... ”reemigranta”.

W „Domu Reemigranta” w Gdańsku kończyły się ostatnie godziny szesnastoletniego „CZEKAJ MNIE” - Kaziury.
 DO GÓRY   ID: 20054         

WSTECZ

   



Czesław E. Blicharski (1918)


Kazimiera Blicharska (1921)




Biblioteka Jagiellońska



Fundacja
Centrum Dokumentacji Czynu Niepodległościowego






Fundacja Centrum Dokumentacji Czynu Niepodległościowego, Al. Mickiewicza 22, 30-059 Kraków
Tel./fax +48 (12) 421-20-78, E-mail: fundcdcn@if.uj.edu.pl